skipbeatopowiadania.jun.pl Strona Główna

FAQ SzukajUżytkownicyGrupy Statystyki RejestracjaZaloguj Album Download

Image and video hosting by TinyPic

Poprzedni temat «» Następny temat
Opowiadania Sakurishi
Autor Wiadomość
Sakurishi 


Wiek: 21
Dołączyła: 18 Kwi 2014
Posty: 72
Skąd: Niemcy
Poziom: 7
HP: 0/130
 0%
MP: 62/62
 100%
EXP: 7/16
 43%
  Wysłany: 2014-08-01, 15:23   Opowiadania Sakurishi

Opowiadanie opierające się na podstawie odinka specjalnego Halloween 2011 gry Słodki Flirt. Postać Dimitry'ego jest inna niż w grze.


Amarente


Dimitry


Adeline


Clave


Diellen


Marcellin



*



Przede mną ubita droga. Za mną pościg. Przede mną rozwidlenie dróg. Za mną coraz bliżej nasłani bandyci. Przede mną dwie drogi – jedna prowadziła z powrotem do świata, z którego uciekłam. Druga prowadziła w nieznane.

Nie wrócę do miejsca, gdzie jedyne co mnie czeka to długa, bolesna śmierć. Wolę umrzeć sama, bez świadków, by już nie mogli ze mnie szydzić i robić ze mnie ofiary. Wolę ukazać mój upór przez cichą śmierć, niż umrzeć i poprawić byt tych, co mnie nienawidzą.

Skręciłam w zaniedbaną, ledwo widoczną drogę. Wkrótce zniknęłam bandytom z oczu ginąc w ciemnozielonym gąszczu. Zaprzestali pościgu. Musieli uznać, że nie przeżyję. Wiedziałam, że zapewne i tak nie przeżyję. Ale satysfakcjonowała mnie myśl, że nie poddałam się do samego końca – zrobiłam wszystko, co mogłam, by dać w kość ich zleceniodawcom.

Pół godziny później przestałam biec. Oddech się uregulował, mięśnie nieco rozluźniły, tętno się uspokoiło. Rozejrzałam się. Zewsząd otaczał mnie ciemny i mroczny las. Nie widziałam nieba – przesłaniały je gałęzie potężnych drzew. Westchnęłam i ruszyłam dalej. Miałam nadzieję znaleźć jakieś miejsce, w którym mogłabym spędzić noc.

Dotarłam na opuszczony cmentarz, kiedy zapadł już zmrok.

- Przynajmniej po śmierci nie będę sama. – Mruknęłam.

Ruszyłam dalej przechodząc między nagrobkami. Wszystkie były stare i zaniedbane – wielu nazwisk nie byłam w stanie rozczytać. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że coś jest z nimi nie tak. Wszystkie te groby miały datę śmierci pomiędzy tysiąc osiemset pięćdziesiątym ósmym, a tysiąc osiemset sześćdziesiątym.

- Cześć!

Podskoczyłam, jak oparzona i odwróciłam się, jednak nikogo tam nie było. Zmarszczyłam brwi i uważnie rozejrzałam się wokół. Jedyną żywą istotą w zasięgu mojego wzroku był mały nietoperz, który usiadł na najbliższym nagrobku.

- Może mi się zdawało.

- Nie zdawało Ci się! – Oburzył się nietoperz. – Co tu robisz? – Zapytał.

- Czekaj, czekaj. Dlaczego nietoperz ze mną rozmawia? – Pomasowałam skronie. – No tak. Pewnie zaczynam świrować. – Dodałam po chwili.

- Ależ skąd. – Odezwał się nietoperz. – Jestem magicznym nietoperzem.

- Tak, jak myślałam – zaczyna mi odbijać. – Mruknęłam. - Odpowiadając na twoje pytanie: uciekłam ludziom, którzy chcieli mnie zabić. – Zwróciłam się z powrotem do zwierzęcia.

- Dlaczego chcieli Cię zabić? – Dopytywał się.

- Byłam niewygodna dla pewnych wpływowych osobistości, więc postanowili się mnie pozbyć. – Wyjaśniłam. – Mówiąc dokładniej jestem prawowitą spadkobierczynią dużej firmy. Niestety mój ojciec zmarł, więc jego brat postanowił przejąć interes moim kosztem. Zanim jednak uciekłam przekazałam firmę mojemu zaufanemu kuzynowi, siostrzeńcowi mojego ojca. Jest już dorosły i niezwykle zaradny, więc sobie poradzi. Dzięki temu napsułam krwi mojemu kochanemu wujaszkowi. Po tym jednak postanowił się zemścić. I tak skończyłam tutaj.

- Ach, rozumiem. Zamierzasz wrócić do kuzyna?

- Nie. – Pokręciłam głową. – Jeśli wrócę wuj prawnie zażąda nade mną opieki i ją dostanie, a wraz ze mną firma wróci do jego rąk. Tak więc zostanę tu. Masz coś przeciwko?

- Nie, nie! – Zaprzeczył żywo. – Od wielu, wielu lat nikogo tu nie było. Dzięki temu to miejsce nieco ożyje.

- Powiedz… Co tu się stało? – Wbiłam wzrok w najbliższy grób. – Wszystkie nagrobki mają wyrytą prawie tą samą datę śmierci, jednak daty narodzin są zupełnie różne.

- W tysiąc osiemset pięćdziesiątym ósmym do pobliskiej, również już opustoszałej, wioski dotarła epidemia. Nikt nie chciał pomóc jej mieszkańcom, więc wszyscy umarli. Jeśli przejdziesz jeszcze kawałek przez las dotrzesz do pojedynczego nagrobka – jako jedyny jest zadbany. Uprzedzając twoje pytania: tutaj nie było już miejsca. Nagrobek Marii Magdaleny, przedostatniej mieszkanki tej wymarłej wioski nie jest tak zaniedbały, jak pozostałe, ponieważ opiekuje się nim Dimitry.

- Czyli jednak ktoś tu jest?

- Tak. To wampir.

- Gadający nietoperz i wampir. Co jeszcze wymyślę w moim szaleństwie? – Jęknęłam. – No dobra, ale co z nim i Marią Magdaleną? Dlaczego tak dba o ten grób?

- Może zacznijmy od tego, że ta posiadłość za nami, to własność wampira, o którym już Ci wspomniałem. Kiedyś mieszkał tu z swoją ukochaną, Marią Magdaleną. Jednak kiedy dotarła tu zaraza i dotknęła również jej, Dimitry wyruszył w podróż usiłując odnaleźć lekarstwo. Jedynym takim środkiem była przemiana w wampira, bo są to istoty nieśmiertelne. Dobrowolnie dał się przemienić w zamian za swoją krew. Niestety, nie wrócił na czas. Maria umarła kilka dni wcześniej. Trzeba dodać, że przeżyła najdłużej. – Nietoperz na chwilę zamilkł. – Kiedy wrócił pochował ukochaną i do dziś opiekuje się jej grobem. – Zakończył opowieść z wyraźnym smutkiem.

- Niezbyt wesoła ta historia. – Stwierdziłam. – To smutne. Trwać na tym świecie z wiecznym poczuciem pustki w sercu i z świadomością, że tak niewiele brakowało, by ocalić ukochaną. Nie wiem, czy byłabym w stanie tak żyć. Choć wiem, że Maria na pewno nie chciała, by jej ukochany rozpaczał po jej odejściu.

- Chcesz zobaczyć jej grób?

- Pewnie. – Uśmiechnęłam się delikatnie.

- To chodź. – Podleciał i ruszył przeciwną stronę, skąd przybyłam.

- Poczekaj! – Zawołałam.

- Co się stało?

- Skoro idziemy odwiedzić grób, wypadałoby przynieść jakieś kwiaty na znak szacunku. – Odpowiedziałam. – Widzę tu ładne kwiaty. Pozbieram kilka i zrobię z nich mały bukiet. – Dodałam.

- Dobry pomysł.

Miałam wrażenie, jakby się uśmiechnął. Nazrywałam kwiaty i ułożyłam z nich skromny, ładny bukiecik. Na końcu odwiązałam z szyi różową wstążkę i obwiązałam nią kwiaty, by się nie rozpadły, gdy je położę. Pokazałam efekt mojej pracy nietoperzowi.

- I jak?

- Śliczny! – Zachwycił się. – Ach, zapomniałbym. Jestem Czarny.

- Cóż za oryginalne imię. – Mruknęłam. – Nazywam się Amarente.

- Dobrze, Amarente. Chodźmy do Marii.

Skinęłam głową i poszłam za nietoperzem. Po kilku minutach przedzierania się przez pnącza i nisko zwisające gałęzie dotarliśmy do maleńkiej polany. Na środku stał nagrobek oświetlony jasną poświatą księżyca. Kucnęłam przy grobie, położyłam kwiaty i przez chwilę przyglądałam się wyrytym literom.

- Dobra, chodźmy.

- Nie chcesz poczekać na Dimirty’ego? – Spytał Czarny.

- Nie wiem, czy byłby zachwycony moją obecnością. – Odparłam. – W końcu przyszłam tu bez jego wiedzy. Może nie życzyłby sobie, abym tu była. No i w końcu, jeśli to prawda, Dimitry jest wampirem. Jeśli jest głodny, to nie powinnam tu być.

- Nie masz się czym martwić. Dimitry nie pije ludzkiej krwi.

- Możliwe. – Uśmiechnęłam się delikatnie. – Ale nie ma potrzeby, by drażnić go zapachem krwi młodej, zdrowej dziewczyny, kiedy żywi się jedynie zwierzęcą, zapewne nie tak dobrą, jak ludzka. – Zauważyłam.

- Prawda. – Przytaknął. – Zatem wrócimy tu później. Może wtedy go spotkamy.

- No dobra. – Westchnęłam. – Ale jak będzie zły, zwalę winę na Ciebie.

- Jak chcesz. – W jego głosie pobrzmiewało rozbawienie.

Wróciliśmy z powrotem na cmentarz. Wzdrygnęłam się widząc wydłużone cienie.

- Noc dobiega końca, a Ty na pewno jesteś zmęczona. – Stwierdził. – Zaprowadzę Cię do pokoju w posiadłości Dimitry’ego. Tam będziesz mogła się położyć.

- No nie wiem. Zwykle nie wchodzę do czyjegoś domu bez zgody właściciela, wiesz? – Wyraziłam swoje wątpliwości.

- Nie przejmuj się. Jeśli będzie trzeba, porozmawiam z nim.

- No cóż. – Rzuciłam zniechęcone spojrzenie na las otaczający zrujnowany budynek. – To lepsze niż spać pod gołym niebem.

W środku ostrożnie szłam w stronę, gdzie leciał Czarny. Mój wzrok dość szybko przyzwyczaił się do ciemności, więc zgubiłam się tylko dwa razy. W końcu dotarliśmy na długi, niezniszczony korytarz.

- Dimitry śpi w podziemiach posiadłości. – Oznajmił. – Na końcu jest pokój Marii Magdaleny. Tam możesz się położyć.

- No bez jaj. – Jęknęłam. – Przecież nie mogę od tak pójść spać do pokoju jego ukochanej. – Zaprotestowałam.

- Przecież ludzie ciągle tak robią. Kiedy umierają, ktoś kupuje lub dostaje w spadku dom i się tam wprowadza. Mieszka tam, więc również śpi.

- No tak, ale to zupełnie inna sytuacja…

- Chcesz spać na dworze? W ten ziąb? Z innymi, zdecydowanie mniej przyjaznymi zwierzętami? – Zapytał.

- Dobra, masz mnie.

- No, to do zobaczenia jutro.

I zniknął, nim zdążyłam coś odpowiedzieć. Westchnęłam zrezygnowana i weszłam do wskazanego pokoju. W ciemności dostrzegłam zarys dużego łóżka, więc podeszłam do niego. Zdjęłam trampki i marynarkę od mundurka, po czym wsunęłam się pod pościel. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że jest cała i nie ma dziur, które mogłyby zrobić mole. Jedynie nieco kurzu wzbiło się w powietrze. Zasnęłam, nim zdążyłam się zorientować.



*



Obudziłam się dopiero około południa. Usiadłam na łóżku i przetarłam zaspane oczy. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie się znajduję. Dopiero po kilku minutach z pomocą przybyły mi wspomnienia. Kiedy już wszystko wiedziałam z zaciekawieniem rozejrzałam się po pokoju. Był bardzo ładny i zadbany. Niewiele kurzu zebrało się na półkach – zapewne Dimitry dbał też o ten pokój. W końcu należał on do Marii.

Wstałam i poprawiłam pościel. Czas coś zrobić. Wsunęłam na nogi trampki i ubrałam marynarkę. Trochę głupio było mi nosić mundurek, ale nie miałam żadnych rzeczy na zmianę. W pokoju była też toaletka – w jednej z szufladek znalazłam srebrny grzebień. Rozczesałam włosy i odłożyłam przedmiot na miejsce. Jakoś udało mi się wyjść z posiadłości nie robiąc sobie krzywdy.

Na zewnątrz ciepłe promienie słońca muskały moją twarz. Uśmiechnęłam się lekko ciesząc tym ciepłem. Obrzuciłam cmentarz przed budynkiem badawczym spojrzeniem. Nawet w świetle dnia nagrobki nie wyglądały najlepiej.

- Jak coś uda mi się zjeść, to się nimi zajmę. – Postanowiłam.

Spacerowałam po lesie prawie godzinę, aż w końcu znalazłam sporych rozmiarów krzew z malinami i rosnącą tuż obok jabłoń. Wiedziałam, że owoce muszą być kwaśne, w końcu rosły dziko, ale lepsze to, niż nic. Kiedy upewniłam się, że nie są trujące wciągnęłam dwa jabłka i garść malin. Nie były takie złe, jak zakładałam.

Po powrocie zbadałam nieco posiadłości. Nie była tak zrujnowana, jak mi się zdawało. Jedynie z zewnątrz wyglądała źle. W środku widać było ślady korozji i zaniedbania, ale posiadłość nie była zanadto zniszczona.

Jakiś czas zajęło mi odnalezienie pomieszczenia na miotły. Wyciągnęłam stamtąd zmiotkę, szufelkę, wiadro i gąbkę. Ku mojemu zaskoczeniu, i radości, w rurach wciąż płynęła woda, więc nie musiałam szukać żadnego źródełka czy strumyczka.

Aż do osiemnastej zajmowałam się grobami – wyczyściłam każdy, co do jednego. Gdy nareszcie skończyłam zaczynało się już ściemniać. Odłożyłam pożyczone rzeczy i wróciłam do lasu – znowu byłam głodna, więc postanowiłam wrócić do wcześniej znalezionej jabłoni. Po posiłku ponownie wróciłam przed posiadłość – było już ciemno.

- Hej Amarente! – Z nikąd zjawił się Czarny.

- Nie strasz mnie tak. – Ofuknęłam go. – Cześć.

- Wybacz. To Ty zajęłaś się nagrobkami?

- A widzisz tu kogoś innego? – Uniosłam brwi.

- Fakt. – Przyznał. – Ale to bardzo miłe z twojej strony.

- Były takie bez wyrazu. – Uśmiechnęłam się smutno. – Pustka, jaką pozostawiają po sobie zmarli jest bardzo bolesna. Dlatego tak ważne jest, by pamięć po nich nie zaginęła.

- Też tak uważam. A dzięki tobie te groby wyglądają znacznie lepiej.

- Cóż, trochę się rozgościłam. – Podrapałam się nerwowo po karku. – Użyłam srebrnego grzebyka Marii i pożyczyłam kila rzeczy z kantorka na miotły, żeby tu ogarnąć.

- Nie przejmuj się. – Czarny wyglądał na zachwyconego. – Może pójdziemy jeszcze raz na grób Marii?

- Idź pierwszy, ja pozbieram dla niej świeżych kwiatów.

- Zgoda.

Czarny podekscytowany poleciał w stronę nagrobka Marii Magdaleny. Pokręciłam głową i wzięłam się za zabieranie kwiatów. Kiedy udało mi się zebrać ładny bukiecik poszłam w ślady nietoperza. Na miejscu z zaskoczeniem stwierdziłam, że nigdzie nie widać gadatliwego zwierzęcia. Przez chwilę bacznie lustrowałam otoczenie, by po chwili kucnąć przy nagrobku. Odwiązałam wstążkę z wczorajszej wiązanki i tak samo, jak wtedy obwiązałam nią nowy bukiecik. Gdy wstałam trzymając uschnięte kwiaty w ręce i odwróciłam się z zamiarem odejścia omal nie padłam na zawał, kiedy zobaczyłam dwa metry przed sobą brązowowłosego mężczyznę z Czarnym siedzącym mu na ramieniu.

- Matko boska! – Złapałam się za serce. – Dlaczego mnie tak straszycie? – Oburzyłam się zupełnie zapominając, że mam do czynienia z drapieżnikiem.

- Nie gniewaj się. – Czarny podleciał do mnie. – Dimitry chciał najpierw Cię zobaczyć. Prawda?

- Owszem. – Zbliżył się nieco. – Jestem Dimitry, jak zapewne już wiesz. Miło mi.

- Mi również. Jestem Amarente.

- Ładne imię. – Stwierdził. - Pasuje Ci*. – Dodał spoglądając na kwiaty.

(W tłumaczeniu z francuskiego na polski „Amarente” znaczy „nieśmiertelny kwiat”)

- Dziękuję.

- To ja dziękuję. – Spojrzał się z melancholią na grób ukochanej. – Cieszyłaby się, że ktoś ją odwiedza.

- Amarente zrobiła coś niesamowitego. – Oznajmił niespodziewanie Czarny. – Chodź, pokażemy Ci.

- To nic niezwykłego.

- Tylko Ty tak mówisz. – Odparł nietoperz. – No chodź! – Dodał latając naokoło wampira.

W milczeniu przeszliśmy przed posiadłość. Dimitry ze zdumieniem wpatrywał się w kamienne nagrobki. Czarny wyglądał, jakby miał eksplodować z radości. Przypatrywałam mu się z rozbawieniem.

- To co zrobiłaś… - Odezwał się po krótkim milczeniu. – To naprawdę miły gest. Maria pewnie też podjęłaby jakieś starania, by nieco poprawić wygląd tego miejsca.

- Jak już mówiłam Czarnemu, szkoda by pamięć po zmarłych tak wyglądała. – Moje spojrzenie stało się odległe. - Pustka, jaką pozostawiają po sobie zmarli jest bardzo bolesna. Dlatego tak ważne jest, by pamięć po nich nie zaginęła.

- Straciłaś kogoś?

- Ojca. Zmarł dwa tygodnie temu.

- Czarny już mi powiedział, jak tu trafiłaś. – Spojrzał się na mnie. – Co z matką?

- Zaraz po porodzie porzuciła mnie i ojca. Nie wiem, gdzie teraz jest i nieszczególnie mnie to interesuje.

- Rozumiem. – Odwrócił wzrok. – Wracam do Marii. Proszę, nie idź za mną.

- Oczywiście. – Nagle coś sobie przypomniałam. – Ach, zaczekaj. Trochę się rozgościłam u Ciebie. Nie gniewasz się?

- Nie, skąd. – Uśmiechnął się. – Czuj się, jak u siebie.

- Dziękuję. – Odwzajemniłam uśmiech.

- A teraz naprawdę muszę już iść.

- Jasne. Do zobaczenia.

- Do zobaczenia.

Zniknął w ekspresowym tempie – dosłownie ekspresowym. Ledwie zdążyłam mrugnąć, a jego już nie było. Pomasowałam skronie.

- Za dużo niezwykłości w zbyt krótkim czasie. – Stwierdziłam.

- Miły jest, prawda?

- Tak. – Zamyśliłam się na moment. – Chyba pójdę jeszcze nazbierać jabłek i malin.

- Jakich jabłek i malin?

- Jak przejdziesz się kwadrans w tamtą stronę dotrzesz do jabłoni i krzewu z malinami. – Odpowiedziałam wskazując kierunek.

- Ach, pewnie dotarłaś na skraj sadu. Kiedyś należał on do jednego z mieszkańców wioski. Możemy się tam przejść i zwiedzić cały. Możliwe, że uda nam się coś znaleźć poza jabłkami i malinami.

- Zgoda.

Po piętnastu minutach szybkiego marszu dotarliśmy do odnalezionej przeze mnie jabłoni. Dalej prowadził Czarny. W końcu przedostaliśmy się do wspomnianego sadu. Był zaniedbany, ale z pewnością dało się co nieco uratować.

Przez następne kilka dni pracowałam w sadzie. Przez ten czas ani razu nie widziałam Dimitry’ego, ale czasami zdawało mi się, że ktoś mnie obserwuje. W końcu część sadu doprowadziłam do stanu używalności. Czarny nie opuszczał mnie na krok.

Pewnego dnia, a raczej nocy, pojawił się Dimitry. Tego dnia najpierw postanowiłam trochę posprzątać posiadłość, a dopiero później iść do sadu. Akurat wychodziłam z budynku, więc spotkaliśmy się w holu.

- Witaj. – Przywitał się.

- Witaj. – Uśmiechnęłam się. – Coś się stało?

- Mam do Ciebie prośbę. – Zmieszał się.

- Nie martw się i wal prosto z mostu. Tak jest łatwiej.

- Muszę udać się do miasta niedaleko, ale nie jestem pewien, czy uda mi się powściągnąć pragnienie. Chciałbym… Napić się trochę twojej.

- Zgoda.

- Dość szybko się zgodziłaś. – Zauważył.

- Korzystam z twojej uprzejmości i ukrywam się w twojej posiadłości przed światem. – Odparłam. – W ten sposób choć trochę będę mogła się odwdzięczyć.

- Nie pozwoliłem Ci tu zostać licząc, że w zamian oddasz mi swojej krwi.

- Przecież nic Ci nie zarzucam. – Uśmiechnęłam się.

Jeszcze przez chwilę się wahał, po czym podszedł do mnie i delikatnie odgarnął włosy z mojej szyi. Przyparł mnie do ściany i wgryzł się w moje ciało. Czułam, jakby ktoś wbił mi dwie igły w niewielkiej odległości od siebie, tyle że to uczucie było dłuższe i nieco intensywniejsze. Jednak nie bolało. Nie wiem, ile wypił, ale kiedy oderwał się ode mnie czułam się tylko nieco osłabiona.

- Dziś nie przemęczaj się w sadzie. Zgoda?

- Tak. – Skinęłam głową.

Brązowowłosy wyciągnął z kieszeni haftowaną chustkę i przyłożył ją do mojej szyi.

- Dziękuję.

- Cieszę się, że mogłam pomóc.

- Wrócę jutro w nocy.

- Będę czekać. – Uśmiechnęłam się.

Następnego dnia, jak zwykle, razem z czarnym poszłam do sadu. Kiedy już mieliśmy wracać do posiadłości coś zwróciło moją uwagę. Coś, czego wcześniej nie dostrzegałam. Mała, drewniana szopa niedaleko przejścia z sadu do lasu.

- Hej, Czarny. – Zatrzymałam go. – Pójdę zobaczyć, co tam jest.

- Pójdę z tobą.

- Nie. Wracaj do posiadłości. W razie czego powiesz Dimitry’emu, że nie uciekłam czy coś w ten deseń, tylko że niedługo wrócę. Wydaje mi się, że martwił by się, choć za dobrze mnie nie zna.

- Faktycznie, Dimitry taki jest. – Przyznał nietoperz. – Okey, to idę. Ale nie siedź tu za długo, dobrze?

- Jasne.

Czarny odleciał w drogę powrotną, a ja ruszyłam w stronę szopy. Chwilę siłowałam się z drzwiami. Kiedy weszłam do środka uderzył mnie zapach zgnilizny. Dostrzegłam na półkach słoiki z niezidentyfikowaną zawartością – musiały to być jakieś zapasy, które jednak przez te lata przestały być przydatne do skonsumowania. W środku poza regałem stała mała komoda, dwa krzesła i narzędzia potrzebne do pracy w ogrodzie.

- A ja, głupia, targałam wszystko z sobą. – Mruknęłam.

Nagle poczułam, jak coś rozcina moją skórę na łydce. Spojrzałam w tamtym kierunku i zobaczyłam sporych rozmiarów odłamek szyby, o który niechcący zahaczyłam. Już chciałam się schylić, gdy z pod starej komody wystrzelił duży szczur i rzucił się na moją nogę. Przerażona chciałam uciec, ale potknęłam się i upadłam na ziemię. Zwierzę doskoczyło do mojej nogi i wgryzło się w miejsce, gdzie się zacięłam. Zdusiłam krzyk i kopnęłam stworzenie drugą nogą, po czym uciekłam z szopy.

Przed posiadłością znalazłam się w kilka minut. Cały czas biegłam. Na miejscu niemal odetchnęłam z ulgą.

- Amarente? – Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. – Co się stało? – Zapytał Dimitry pojawiając się z Czarnym u boku na schodach budynku.

- Skaleczyłam się. – Odpowiedziałam. – Wybacz. – Uśmiechnęłam się przepraszająco.

- Nie szkodzi. Wciąż płynie we mnie twoja krew, a w drodze powrotnej jeszcze się posiliłem. – Zjawił się krok ode mnie. – Opatrzę twoją ranę.

Wziął mnie na ręce i przeniósł do pokoju Marii w błyskawicznym tempie. Nim zdążyłam się zorientować już oczyszczał rozcięcie na mojej łydce. Nagle wybuchłam niepohamowanym śmiechem i nie mogłam się uspokoić przez dobre dziesięć minut. Kiedy zaś przestałam się śmiać z oczu popłynęły łzy. Dimitry i Czarny przyglądali mi się skonsternowani. Niespodziewanie poczułam skurcz w żołądku. Gwałtownie zbladłam i poczułam, jak robi mi się niewiarygodnie gorąco. Jak poparzona rzuciłam się do łazienki. Chciałam zamknąć za sobą drzwi, ale nie zdążyłam. Ledwie udało mi się na czas dotrzeć do muszli klozetowej, kiedy zwymiotowałam… Krwią. Spanikowana przyglądałam się spuszczonej przez wampira mieszance do połowy stawionej kolacji i szkarłatnej cieczy. Dimitry związał moje włosy i pomógł wstać.

- Wybacz. Oglądasz mnie w takim stanie. Nawet nie wiem, co mi jest.

- W porządku.

Obmyłam twarz wodą i pozwoliłam zanieść się z powrotem do łóżka.

- Gorąco. – Jęknęłam.

Brązowowłosy przyłożył mi rękę do czoła.

- Masz gorączkę.

Ponownie wybuchłam nieopanowanym śmiechem jednocześnie płacząc i zwijając się z bólu na łóżku. Nagle mnie olśniło.

- Dżuma.

- Co? – Odezwali się jednocześnie Dimitry i Czarny.

- Ta epidemia. To była dżuma.

- Skąd wiesz? – Zapytał nietoperz podlatując do mnie.

- Ta rana, zacięłam się. Ale zanim uciekłam na moją nogę rzucił się ogromny szczur i mnie ugryzł. Myślę, że wtedy do mojego organizmu dostały się bakterie. – Wydukałam przez łzy. – A wracając biegłam, więc szybko się rozprzestrzeniły. Zapewne kiedyś miały łagodniejszą odmianę i był czas, by zareagować. Przez te lata dżuma dymieniczna lub płucna musiała się jednak przekształcić w dżumę posocznicową. – Tym razem obaj musieli mnie zrozumieć pomiędzy salwami śmiechu. – W skrócie pozostało mi kilka godzin życia, jak nie mniej. – Znowu się rozpłakałam.

- Jesteś pewna? – Zapytał w końcu Czarny.

– Moja ciocia, matka mojego zaufanego kuzyna, o którym Ci wspominałam jest ordynatorem w szpitalu. Trochę mnie uczyła i wydaje mi się, że mam rację. – Odpowiedziałam obejmując ramionami nogi. – Biorąc również pod uwagę epidemię, która miała tu miejsce. – Dodałam śmiejąc się i płacząc jednocześnie.

Znowu poczułam szarpnięcie w żołądku i tak samo, jak poprzednio rzuciłam się do łazienki. Tym razem nikt za mną nie poszedł. Zamiast tego usłyszałam z pokoju rozmowę wampira i nietoperza.

- Przemień ją.

- Życie wieczne nie jest aż tak wspaniałe, jak się wydaje. Poza tym nie wiadomo, czy się zgodzi.

- Ale jeśli by się zgodziła uratowałbyś jej życie i w końcu zdobył towarzyszkę.

- Przecież nie zatrzymam jej tu siłą.

- Ona i tak nie może wrócić do domu w najbliższym czasie. – Zirytował się Czarny. – Im dłużej się zastanawiasz, tym ona będzie miała mniej czasu na podjęcie decyzji.

- Masz racje.

Chwiejnie podniosłam się z podłogi i spuściłam wodę. Oparłam się wyczerpana o umywalkę i jedną ręką obmyłam twarz. Kiedy znów stanęłam w drzwiach obaj rzucili mi nieprzeniknione spojrzenia. Niespodziewanie zakręciło mi się w głowie i upadłabym na ziemię, gdyby nie szybka reakcja brązowowłosego. Ponownie położył mnie na łóżku i usiadł obok mnie przyglądając mi się badawczo.

- Mogę Cię przemienić w wampira. – Oznajmił. Wbiłam w niego zdumione spojrzenie. Byłam pewna, że mi tego nie zaproponuje. – Masz niewiele czasu, ale przemyśl to.

- Czy moja krew Ci nie zaszkodzi? – Zamrugał oczami równie zdumiony, jak ja. – No… Jest teraz skażona czy coś, nie?

- Jestem nieśmiertelny. Nawet jeśli jest skażona, nic mi nie będzie. – Zamyślił się. – Myślę, że smak mógł się zmienić.

Rzuciłam Czarnemu niepewne spojrzenie. Zacisnęłam usta w wąską linię i przytaknęłam. Dimitry nachylił się nad moją szyją i tak samo, jak wcześniej zaczął pić moją krew. Powoli ulatywało ze mnie życie, aż w końcu pociemniało mi przed oczami i straciłam przytomność.





Koniec straszliwego bólu to pierwsze, co do mnie dotarło. Później do moich uszu dotarły naturalne odgłosy leśnych zwierząt i cichy szum wiatru. Następnie do moich nozdrzy dotarły zapachy – mieszanka kwiatów i kurzu oraz jakiś inny, trudny do opisania słowami. Kolejnym bodźcem był dotyk – pod palcami czułam jedwab oraz drobne wzory wyszyte na pościeli. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie oddycham, jednak nie odważyłam się ruszyć.

- Kiedy się obudzi? – Zniecierpliwienie w głosie było aż nazbyt wyczuwalne.

- Nie wiem. – Odpowiedział z goryczą drugi. – Może w ogóle się nie obudzi?

- Oczywiście, że się obudzi! – Zganił go ten pierwszy. – Ale mogłaby się pospieszyć. – Dodał po chwili.

Rozpoznawałam te głosy, a jednocześnie były mi zupełnie nieznane. Przez chwilę jeszcze leżałam chłonąc tyle, ile tylko zdołałam. Kiedy już nasyciłam zmysły postanowiłam dać znać, że jednak żyję. Na początek delikatnie poruszyłam ręką. Natychmiast nieznany, kuszący zapach się nasilił.

- Amarente?

Głos dobiegał z niewielkiej odległości. Powoli otworzyłam oczy i niemal od razu zachwyciłam się drobinkami kurzu szybującymi nad moją twarzą. Obserwowałam je chwilę zafascynowana, aż zdałam sobie sprawę, że ktoś powtórzył moje imię. Spojrzałam się w stronę, skąd dobiegał głos i natknęłam się na czujne spojrzenie.

- Jak się czujesz?

Zastanowiłam się chwilę. Już nic mnie nie bolało i czułam się znacznie lepiej.

- Dobrze. – Odparłam. Uśmiechnęłam się do niego. – Dziękuję.

Odwzajemnił uśmiech.

- Usiądź.

Posłusznie usiadłam na łóżku wzbijając w powietrze jeszcze więcej drobinek kurzu. Obserwowałam je przez chwilę, po czym wstałam z łóżka i przeszłam się po pokoju oglądając wszystko jeszcze raz. Tym razem dostrzegałam każdy najdrobniejszy szczegół. Chciałam już iść dalej, gdy się zawahałam. Moje rzeczy nie były pierwszej świeżości.

- Idź się umyj i przebierz. Czyste rzeczy zostawiłem Ci z łazience.

Przeniosłam na niego zaskoczone spojrzenie. Skinęłam jednak głową i bez słowa ruszyłam do łazienki. Chwyciłam za klamkę i ze zdumieniem zobaczyłam, że tak delikatnym gestem „odczepiłam” ją od drzwi. Dużymi oczami wpatrywałam się w kawałek metalu w mojej ręce.

- Ja… Nie chciałam. Przepraszam! – Zaczęłam panikować.

- Spokojnie, nic się nie stało. – Zareagował natychmiastowo Dimitry. – Musisz się przyzwyczaić do siły, jaką teraz dysponujesz. Używaj mniej nacisku, niż kiedyś. Kiedy będziesz się myć naprawię to. – Dodał z delikatnym uśmiechem.

- Nie jestem pewna, czy się ze mnie nabijasz, czy po prostu Ci ulżyło.

Wampir rzucił mi rozbawione spojrzenie i zniknął z pokoju.

- Tak się cieszę, że się obudziłaś!

Podskoczyłam zaskoczona i odwróciłam się. Przede mną na oparciu krzesła siedział Czarny. Teraz również w jego ciele dostrzegałam każdy szczegół.

- Ja też. Pogadamy, jak się umyję, zgoda?

- Jasne.

Weszłam do łazienki i zamknęłam za sobą drzwi. Zrzuciłam z siebie brudny mundurek, koszulę i legginsy, po czym niemal z dziecinną radością weszłam do wanny. Wspominając rady Dimitry’ego najdelikatniej, jak umiałam odkręciłam kurki z wodą. Ciepła woda zaczęła spływać po moim ciele. Z rozbawieniem dostrzegłam szampon i inne rzeczy ustawione na półce obok i toaletce. Brązowowłosy musiał je kupić, kiedy był w mieście.

Kiedy już wyszłam z wanny i wytarłam się ręcznikiem zauważyłam powieszoną sukienkę. Była śliczna – ręcznie haftowany gorset, sięgająca przed kolana czerwona część spódnicy i niżej kremowa część sięgająca kostek. Do tego rękawiczki i płaszcz do kompletu zapinany do podbrzusza oraz biżuteria – czarny, skomplikowany naszyjnik z rubinem i kolczyki do kompletu. A pod nią czerwone pantofelki.

Jak zaczarowana ubrałam przygotowany strój. Nagle usłyszałam charakterystyczne kliknięcie, więc odwróciłam się w stronę drzwi. Stał w nich Dimitry wpatrując się we mnie. Chyba zaniemówił.

- I jak? – Zapytałam w końcu.

- Pasuje Ci. – Oznajmił uśmiechając się.

- Dziękuję. – Odpowiedziałam uśmiechem. – Ummm…

- Tak?

- Chyba jestem głodna. – Odparłam zmieszana nerwowo bawiąc się palcami.

- Przewidziałem to. – Odpowiedział. – Chodź ze mną.

Ujęłam go pod ramię i razem wyszliśmy z łazienki.

- Aaaaaaaaaaaaaaaale ładnie! – Zachwycił się Czarny.

- Mówisz?

Przejrzałam się krytycznie swojemu odbiciu.

- Nie mówię o sukience. To znaczy, o niej też.

- Co masz na myśli?

- Chodziło mi o to, że razem ładnie wyglądacie.

Jak na zawołanie oboje spojrzeliśmy w stronę lustra. Przedstawialiśmy się tak… Dostojnie. Jak para z lat, w których Dimitry żył razem z Marią Magdaleną. Ale wtedy już nie stała przy nim ona, tylko ja.

- Później się pozachwycasz, Czarny. Amarente musi się pożywić.

Natychmiast otrzeźwiałam i ruszyłam razem z wampirem w stronę drzwi. Tego dnia Dimitry nauczył mnie, jak polować. Zwierzęta w okolicy były wyjątkowo ufne, więc nie było to trudne. Ciężej było mi pozbawiać je życia, ale przemogłam się dzięki wsparciu brązowowłosego.

Gdy wróciliśmy Czarny nie posiadał się z radości. Kiedy zaś dowiedział się o moich postępach był jeszcze szczęśliwszy, o ile to było możliwe. Przez kilka kolejnych tygodni uczyłam się samokontroli i rozwijałam swoje zdolności. W międzyczasie odnowiłam wewnątrz razem z białowłosym wnętrze jego posiadłości.

I wszystko szło gładko, kiedy do Dimitry’ego niespodziewanie postanowili wpaść znajomi. Właśnie siedziałam w salonie i dyskutowałam z Czarnym na temat moich postępów – byłam już kilka razy w mieście. Nagle Dimitry zjawił się w salonie ze zdenerwowaniem wypisanym na twarzy.

- Co się stało? – Spytałam.

- Moja stwórczyni wraz z jej grupą postanowiła tu wpaść.

- Zostaniesz ukarany za przemienienie mnie? – Zaniepokoiłam się.

- Nie.

- Zrobiłeś coś, za co mogą Cię ukarać?

- Nie.

- Dlaczego więc obawiasz się ich wizyty? – Zmarszczyłam brwi.

- To wyjątkowo kapryśne osobniki. – Odpowiedział. – Trzeba delikatnie się z nimi obchodzić. Lepiej by było, gdybyś na ten czas zniknęła, ale to już nic nie da. – Westchnął. – Twój zapach zdążył już osiąść. – Zacisnął usta. – Trzymaj się blisko mnie i nie daj się sprowokować. – Polecił.

Skinęłam głową notując w pamięci jego nakazy.

- Ilu ich jest?

- Kiedy mnie przemieniła, mówiła coś o dwójce towarzyszy. Jednak w tym czasie mogła poszerzyć swoją grupę.

- Rozumiem.

W napięciu nasłuchiwaliśmy zbliżającej się grupy. Kiedy ich usłyszałam byli prawie na miejscu. Rzuciłam ostatnie nerwowe spojrzenie Dimitry’emu i przybrałam obojętny, opanowany wyraz twarzy. Czarny przysiadł na moim ramieniu. Brązowowłosy wyszedł przed budynek na spotkanie przybywającym.

- Dimitry! Tak dawno się nie widzieliśmy!

- Witaj Adeline.

- Pozwól, że przedstawię Ci…

- Poczekaj z tym. Wejdźcie.

Usłyszałam zbliżające się kroki.

- Dlaczego chciałeś… - W tym momencie wszyscy weszli do salonu.

Moim oczom ukazała się piękna brązowowłosa dziewczyna z niesamowicie zielonymi oczami. Za nią przystanęli w pół kroku trzej towarzysze. Pierwszy miał białe, długie włosy i turkusowe oczy, drugi miał czarne, długie włosy z czerwonymi pasemkami i czerwone oczy, zaś trzeci miał matowy odcień mieszanki fioletu i ciemniejszego niebieskiego oraz tego samego koloru oczy.

Wstałam z kanapy i uśmiechnęłam się delikatnie.

- Na imię mam Amarente. Miło mi was poznać.

Dimitry przeszedł przez pokój i stanął obok mnie.

- Usiądźcie proszę.

Dziewczyna zamrugała zaskoczona oczami usiłując ukryć szok, jakiego doznała na mój widok. Panowie usiedli na kanapie, a brązowowłosa zasiadła w fotelu. Ja wróciłam na swoje miejsce, a mój stwórca usiadł obok mnie.

- Jak pewnie już słyszałaś, nazywam się Adeline. – Wykrztusiła po chwili dziewczyna. – Mój białowłosy towarzysz to Clave, ten z czerwonymi pasemkami to Diellen, a mój najnowszy przyjaciel, to Marcellin.

- Miło mi was poznać. – Odpowiedział brązowowłosy.

- Mnie również. – Odezwałam się.

- Znam Cię od jakiegoś czasu Dimitry, jednak nie spodziewałam się, że zdobędziesz towarzyszkę. – Oznajmiła po chwili zielonooka uśmiechając się.

- To była dość specyficzna sytuacja. – Odpowiedziałam za niego.

Siedzący obok mnie mężczyzna uśmiechnął się z wdzięcznością.

- Dobrze to ujęłaś, Amarente.

- Może nie wyjawiajmy szczegółów. – Dodałam, zanim brązowowłosa zadała więcej pytań związanych z niewygodnym dla mnie i Dimitry’ego tematem.

- Oczywiście. – Przytaknęła Adeline. Choć tego nie powiedziała było widać, że nie jest zadowolona. Wbiła jednak we mnie badawcze spojrzenie. – Jesteś nowa w tym świecie, prawda? Ile już żyjesz jako istota nieśmiertelna?

- Półtora miesiąca. – Odpowiedziałam.

- Ile miałaś lat przed przemianą? – Wtrącił się Marcellin.

- Siedemnaście.

- To tyle, ile ja. – Ucieszył się chłopak. – Aktualnie mam dwadzieścia jeden, ale jesteśmy najbliżsi sobie wiekiem. Reszta to same staruchy. – Dodał.

- Słucham? – Głos Adeline stał się ostry jak brzytwa.

- Nie mówię o tobie. – Zareagował natychmiast. – Ty jesteś wiecznie piękna i młoda niezależnie od wieku.

Uśmiechnęłam się delikatnie. Zielonooka jeszcze chwilę świdrowała chłopaka jadowitym spojrzeniem, jednak w końcu prychnęła zirytowana i ponownie skupiła uwagę na mojej osobie.

- Zgaduję, że nie żywiłaś się ludzką krwią?

- Owszem.

Dziewczyna pochyliła się w fotelu.

- A chcesz?

- Nie.

- Dlaczego?

- Poczucie winy zżarło by mnie od środka.

- Możesz wyłączyć uczucia.

- Co to za życie, jeśli nic nie czujesz poza potrzebą zaspokajania własnych pragnień? – Odpowiedziałam. – Ty również nie wyłączyłaś swoich uczuć. – Dodałam.

- Dla mnie całe życie jest zabawą, więc nie muszę wyłączać uczuć by nie mieć wyrzutów sumienia.

- Nie żałujesz zupełnie niczego?

Dziewczyna zamilkła na chwilę zastanawiając się nad odpowiedzią.

- Znalazłaby się jedna taka rzecz. – Odparła. – Jednak nie wspominam tego zbyt często, więc sumienie mam czyste.

- Sama widzisz. – Uśmiechnęłam się ponownie. – Jest coś czego żałujesz, nieważne jak długo nie będziesz tego wspominać.

Przyglądała mi się jakiś czas.

- Chcesz wiedzieć, co to za rzecz?

- Nie. – Pokręciłam głową. – Nie czuję potrzeby znania całego twojego życiorysu czy twoich słabości. Wolę poznać Cię taką, jaką jesteś teraz.

- Jak na siedemnastolatkę jesteś wyjątkowo dojrzała. – Odezwał się pierwszy raz Clave.

- Dziwię się, że to pytanie jeszcze nie padło. – Dorzucił się Diellen również pierwszy raz zabierając głos.

- Jesteś partnerką Dimitry’ego? – Zapytał Marcellin.

- Nie musiałeś długo czekać. – Stwierdził rozbawiony Clave.

- Młodego łatwo sprowokować. – Odparł Diellen wzruszając ramionami.

Marcellin i Adeline nie zwrócili uwagi na swoich towarzyszy. Zamiast tego przypatrywali się uważnie mi i mojemu twórcy.

- Jestem jedynie towarzyszką niedoli. – Odpowiedziałam spokojnie.

- Może w takim razie chcecie się do nas dołączyć? – Spytała niespodziewanie brązowowłosa.

- Ja dziękuję. – Oznajmił Dimitry.

- Ja również. – Odparłam.

- Dlatego, że Dimitry nie idzie?

- Ależ skąd. – Zaśmiałam się. - Przywiązałam się do tego miejsca i nie chcę go opuszczać. A towarzystwo Dimitry’ego jest naprawdę miłe, więc to dodatkowy plus mieszkania tutaj. – Uśmiechnęłam się. – No, chyba że w końcu będzie miał mnie dość i każe się wynieść. – Zachichotałam.

- Wiesz, że bym tego nie zrobił. – Oburzył się.

- Prawda. Gdybym jednak poczuła się niechciana zniknęłabym stąd.

- Dimitry, nie chcesz się jej pozbyć? – Zapytał zaczepnie Clave.

- Właśnie. My chętnie ją przygarniemy. – Dorzucił się Marcellin.

- Panowie, nie tak bezpośrednio. – Zganił ich Diellen. – Amarente poczuje się pod presją, jak będziecie tak nachalni.

- Nie wierzę, że akurat Ty to mówisz. – Oznajmiła Adeline. – Ale panowie mają rację. Jeśli kiedykolwiek będziesz chciała do nas dołączyć nie będzie przeszkód. – Mówiła spoglądając mi prosto w oczy. - Dla Ciebie również znajdzie się miejsce. – Dodała tym razem patrząc na brązowowłosego.

- Mimo wszystko podziękuję. – Rzekłam.

- Szkoda. – Westchnęli jednocześnie towarzysze zielonookiej.

- Och, zbliża się już świt. – Zauważyła z niezadowoleniem Adeline. – Dimitry, możemy u Ciebie zostać na ten dzień?

- Oczywiście.

- Zatem przygotuję wam miejsca. – Wstałam z sofy. Czarny od razu wskoczył mi na ramię. – Kiedy skończę powiadomię was. – Dodałam ruszając w stronę holu.

- Pomożemy Ci. – Zaoferowali się towarzysze Adeline.

Rzuciłam okiem na Adeline i Dimitry’ego. Chciała pobyć z nim sam na sam.

- Będę wdzięczna.

We czwórkę wyszliśmy z pomieszczenia. Czułam na sobie spojrzenie brązowowłosego, jednak starannie unikałam jego wzroku. W środku poczułam zazdrość i niezadowolenie. Nie chciałam, by zauważył.

Przeszliśmy przez długi korytarz i zeszliśmy do piwnicy. Od mojej przemiany ja również spałam w podziemiach. Normalny człowiek nic nie widział by w ciemnościach, jednak ja dostrzegałam każdy szczegół. Panowie pomogli mi wyciągnąć zapasowe materace i ułożyli je dla siebie w równych odstępach.

- Adeline i Dimitry są ze sobą blisko? – Zapytałam. – Nie wiem, czy położyć ich materace blisko siebie, czy raczej nie. – Dodałam widząc ich niepewne spojrzenia.

- Ona straciła dla niego głowę, dlatego też go przemieniła, ale on nie odwzajemnia jej uczuć. Dlatego też pozwoliła mu odejść. Tak więc jesteśmy równie zieloni, jak Ty. – Odpowiedział Diellen.

- Cóż… - Zawahałam się. – Więc położę go w mniejszej odległości niż wasze, ale nie za blisko. – Postanowiłam.

Układ przedstawiał się następująco – moje łóżko pod samą ścianą, w półtora metrowej odległości łóżko Dimitry’ego, pół metra dalej położyłam materac Adeline, półtora metra dalej były umieszczone materace dla Clave’a, Diellen’a i Marcellin’a w również półtorametrowych odległościach.

- Myślę, że i tak nic się między nimi nie stanie, jeśli my jesteśmy obok. – Oznajmił Clave. – Tak więc nie gryź się, czy nie położyć ich razem gdzieś indziej.

- Dokładnie. – Przytaknął Marcellin.

- Prawda. – Pokręciłam głową. – Czasami jestem wyjątkowo niedomyślna.

- Nie przejmuj się. Dużo Ci brakuje do tych dwóch. – Odparł Diellen.

Zaśmiałam się rozbawiona.

- Chodźmy już po nich. Za kilka minut wzejdzie słońce. – Przerwałam im.

Wyszliśmy z podziemi i ruszyliśmy z powrotem do salonu. Szczerze, nie była przygotowana na to, co zobaczyłam. Adeline siedziała na kolanach Dimitry’ego nachylając się do pocałunku. Dziękowałam sobie w duchu za wyszkoloną od dzieciństwa maskę obojętności i spokoju – w innym wypadku każdy byłby w stanie dostrzec burzę uczuć, która rozpętała się wewnątrz mnie.

- Wybaczcie, że wam przerywam, ale dosłownie za chwilę nadejdzie świt.. – Uśmiechnęłam się przepraszająco.

- Jasne. – Adeline wstała. – Trochę się zapędziłam.

- Pójdę się przebrać. – Obrzuciłam przybyszy badawczymi spojrzeniami. – Nie macie nic z sobą, prawda? Obstawiam, że panowie będą spać po prostu w spodniach, ale tobie mogę pożyczyć koszulę nocną. – Dodałam spoglądając pytająco na dziewczynę.

- Będę wdzięczna. – Odparła.

Razem z zielonooką opuściłam pomieszczenie. Nie chciałam patrzeć na żadne z nich, ale nie mogłam pozwolić sobie na okazanie emocji. W pokoju wyciągnęłam z szafy dwie koszule i jedną z nich wyciągnęłam w kierunku Adeline.

- Możesz przebrać się w łazience, jeśli przeszkadza Ci moja osoba.

- Nie ma takiej potrzeby. – Machnęła ręką.

Przebrałyśmy się w milczeniu. Już miałyśmy iść, kiedy brązowowłosa chwyciła mnie za nadgarstek. Odwróciłam się w jej stronę z pytającym uśmiechem.

- Kocham Dimitry’ego. – Oznajmiła. – Nie pozwolę, byś mi go odebrała.

- Jeśli go kochasz i on Cię kocha, nie będę wchodziła pomiędzy was. – Odpowiedziałam spokojnie. – A jeśli chodzi Ci o relacje między mną a nim, to nie masz się czym przejmować. Są czysto przyjacielskie. – Uśmiechnęłam się. – Lepiej, żebyśmy już wróciły do podziemi. Nie chciałabym osłabnąć.

- Oczywiście.

Adeline puściła mój nadgarstek. Razem w błyskawicznym tempie znalazłyśmy się w piwnicy. Pod czujnymi spojrzeniami panów stanęłam przed materacem dla brązowowłosej.

- To twoje posłanie. – Zwróciłam się do niej. Następnie każdemu spojrzałam w oczy. – Śpijcie dobrze. – Dodałam z uśmiechem i podeszłam do mojego łóżka.

Chciałam zasnąć jak najszybciej, by pozbyć się z myśli natrętnego obrazu Adeline i Dimitry’ego. Razem wyglądają perfekcyjnie. Uzupełniają się. Kim ja jestem, żeby stawać pomiędzy nimi? – takie myśli odprowadziły mnie do cudownego w swej pustce niebytu.



*



Obudziłam się w jeszcze gorszym humorze, niż wczoraj. Otworzyłam oczy i usiadłam na łóżku. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nie było Dimitry’ego i Adeline. Powstrzymałam falę smutku, zazdrości i bezsilnego gniewu. W tym samym momencie, kiedy wstałam obudzili się pozostali.

- Dobry wieczór, panowie. – Uśmiechnęłam się do nich.

- Gdzie Adeline i Dimitry? – Zapytał od razu Diellen.

- Gdy się obudziłam ich już nie było. – Odparłam.

- Rozumiem. – Zmrużył oczy.

Ponownie obdarowałam ich uśmiechem i pościeliłam swoje łóżko.

- Mamy schować materace w tym samym miejscu, skąd je wzięliśmy? – Spytał Clave.

- Nie zapędzaj się tak. – Odpowiedział mu Diellen.

- Czemu? – Wtrącił się Marcellin.

- Coś czuję, że jeszcze tu zostaniemy. – Odpowiedział czarnowłosy.

Nie zareagowałam. Kiedy już skończyłam poprawiać łóżko odwróciłam się ponownie w ich kierunku.

- Zapewne chcecie się odświeżyć. Zaprowadzę was do łazienki.

Wyszłam z podziemi, a panowie za mną. Śledzili uważnie każdy mój krok. Każdemu z nich wskazałam drzwi.

- W każdym pokoju jest łazienka. – Uśmiechnęłam się. – Rozgośćcie się.

Zniknęłam im z oczu pragnąc zostać sama. W pokoju Marii Magdaleny nic się nie zmieniło – ucieszyłam się. Obawiałam się, że mogę tu zastać Adeline i Dimitry’ego, a nie byłam pewna ile jeszcze zdołam utrzymać swoje uczucia na wodzy. Wzięłam relaksującą kąpiel, by ukoić nieco rozszalałe zmysły. Później stanęłam przed szafą w samej bieliźnie zastanawiając się, co mogłabym na siebie włożyć. W końcu ubrałam białe spodenki i zieloną bluzkę na grubych ramiączkach. Do tego białe stópki i czarne trampki.

- Amarente!

Odwróciłam się w stronę, skąd dobiegał głos.

- Co się stało, Czarny?

- Wyrzuć ją! Nie lubię jej.

- Nie mogę wyrzucić Adeline. – Zganiłam go. – Poza tym sama jestem tu gościem. Nie mogę się tu rządzić.

- Jak dla mnie, to jesteś współwłaścicielem i powinnaś walczyć o swoje. – Burknął.

- O czym Ty mówisz?

- Ta baba chce się dobrać do Dimitry’ego! – Oburzył się.

- Skoro Dimitry jej nie wyrzucił, to chyba jasne, że on sam również tego chce.

- On jej nie odmawia tylko dlatego, że ona jest jego stwórcą.

- To nie ma znaczenia, Czarny. – Odpowiedziałam. – Dimitry to dorosły mężczyzna, umie podejmować decyzje i jest przygotowany na ich konsekwencje. – Westchnęłam widząc spojrzenie nietoperza. – Nie będę wchodziła pomiędzy nich, Czarny. – Zakończyłam rozmowę wychodząc z pokoju.

Zrezygnowane zwierze przysiadło na moim ramieniu. Kiedy zjawiłam się w salonie byli tam już wszyscy.

- Macie naprawdę piękny sad, Amarente. – Oznajmiła Adeline z uśmiechem.

- Dziękuję. – Odpowiedziałam tym samym. – Staram się dobrze o niego dbać. - Zaskoczona zauważyłam, jak Dimitry posyła dziewczynie gniewne spojrzenie. – W każdym razie pójdę już. Chcę się trochę nim zająć, zanim pójdę zapolować. – Spojrzałam się na nietoperza na moim ramieniu. – Idziesz ze mną czy zostajesz?

- Idę z tobą. – Odpowiedział zachmurzony.

- My też możemy? – Zapytał Marcellin. – Też chcę go zobaczyć.

- Jasne, nie ma problemu. – Moja twarz pojaśniała. – O ile za mną nadążycie. – Dodałam z wyzywającym uśmiechem.

Clave pojawił się krok ode mnie.

- Przyjmujemy wyzwanie. – Wyciągnął rękę.

Uścisnęłam ją.

- Od schodów. – Spojrzałam się na mojego stworzyciela pierwszy raz od dłuższego czasu. – Możesz posłużyć nam za inicjatora wyścigu?

- Tak. – Skinął głową.

Ja, Clave, Diellen i Marcellin ustawiliśmy się na lini startu. Dymitry dopilnował, by każde z nas było równo z pozostałymi. W końcu stanął po boku. Rzucił mi nieprzeniknione spojrzenie i westchnął.

- Start.

Poczułam, jak moje ciało wypełnia niespodziewana eksplozja adrenaliny. Wystrzeliłam z linii startu najszybciej, jak potrafiłam. Za sobą słyszałam kroki pozostałych.

Na miejscu byłam pierwsza. Pozostali pojawili się za mną dopiero kilka sekund później. Uniosłam brwi.

- Myślałam, że będziecie większym wyzwaniem.

- Jesteś bardzo szybka. – Odpowiedział zaintrygowany Clave.

- Prawdopodobnie szybkość będzie twoim największym atutem. – Stwierdził Diellen.

- Dzięki. – Rozejrzałam się. – No, to obejrzyjcie sobie sad, a ja zabieram się do roboty… Chwila, gdzie Czarny?

- Tu jestem. – Burknął podlatując do mnie. – Tak szybko biegłaś, że zleciałem.

- Och, wybacz. – Uśmiechnęłam się przepraszająco.

Panowie chwilę oglądali sad, a później postanowili mi pomóc. Dzięki temu uwinęliśmy się w zaledwie piętnaście minut. Kiedy schowaliśmy wszystkie narzędzia z powrotem do szopy wspięłam się na dąb rosnący za ogrodzeniem i obrzuciłam sad zadowolonym spojrzeniem.

- Dobra, wracajmy.

Wracaliśmy normalnie, bez pośpiechu. Marcellin opowiadał mi kolejną, śmieszną historię z udziałem całej grupy, kiedy wyłoniliśmy się z lasu. Cała czwórka zdumiona zatrzymała się spoglądając na Adeline i Dimitry’ego. Oboje mieli wzburzone miny, ale nie to wprawiło mnie w osłupienie. Pierwszy raz widziałam Dimitry’ego wytrąconego z równowagi.

- Może powinniśmy przyjść później. – Szepnął Marcellin.

Oboje, jak na zawołanie odwrócili się w naszą stronę. Brązowowłosy wbił we mnie swoje spojrzenie.

- Amarente. Musimy porozmawiać. – Oznajmił chłodno.

Zamrugałam zdumiona. Pierwszy raz czułam takie zimno od jego osoby.

- Dobrze. – Obrzuciłam oboje badawczym spojrzeniem. Adeline nie kryła już wrogości do mojej osoby. Piorunowała mnie jadowitym spojrzeniem zielonych tęczówek. Kątem oka dostrzegłam zirytowanie na twarzy Diellen’a oraz zaciekawienie na twarzach Clave’a i Marcellin’a. – Porozmawiamy podczas polowania.

Dimitry skinął głową. Ruszyłam w stronę grobu Marii. Zawsze przed polowaniem składałam kwiaty na jej grobie. Brązowowłosy ruszył za mną nie mówiąc ani słowa. Od razu wiedziałam, kiedy zniknęliśmy Adeline z oczu – nie czułam już, jak przewiercała mi plecy na wylot. Swoim zwyczajem zbierałam po drodze kwiaty robiąc z nich skromny bukiet. Na miejscu, tak jak zawsze, odwiązałam różową wstążkę z zwiędłych już kwiatów i obwiązałam nią świeże. Stare podniosłam z ziemi i ruszyłam dalej. Stare wrzuciłam do rowu pół kilometra dalej. Stanęłam przed dużym dębem, gdzie zwykle rozstawałam się z Dimitry’m, kiedy polowaliśmy.

- O czym chciałeś ze mną porozmawiać?

- Dlaczego cały czas zostawiasz mnie sam na sam z Adeline?

- No bo Cię lubi. – Odpowiedziałam marszcząc brwi. – Chciałam jej trochę pomóc. Poza tym wydawało mi się, że Ty też ją lubisz.

- Nie mylisz się, ale traktuję ją tylko i wyłącznie jako przyjaciółkę.

- W takim razie musisz wyjaśnić to jej, a nie mnie.

- Wyjaśniłem. – Skrzywił się. – Uważa, że jestem w tobie zadurzony i chce, żebym odszedł razem z nią lub byś Ty odeszła.

- Domyśliłam się. – Westchnęłam. – Dobrze, w takim razie wyniosę się po powrocie z polowania.

- Ty chyba mnie nie słuchasz. – Zirytował się podchodząc do mnie.

- Nie rozumiem. – Przyznałam.

- Powiedziałem Ci przecież, że jej nie kocham. Nie chcę z nią być.

- Zatem jej to powiedz.

- Powiedziałem. Nie chcę, żebyś się wyprowadzała.

- Ale to nie ma znaczenia. – Pokręciłam głową. – Jeśli zostanę wasza przyjacielska relacja może się zerwać. Lepiej będzie jeśli się usunę.

- Amarente, mogę Cię o coś zapytać?

- Tak? – Spojrzałam mu w oczy. Zdumiona ujrzałam w nich głęboki smutek.

- Czy Adeline jest pretekstem do odejścia stąd?

- Oczywiście, że nie. Bardzo mi się tu podoba.

- W takim razie zostań tu. Ze mną.

Objął mnie i przytulił. Zaskoczona stałam sparaliżowana w miejscu, jednak po chwili się otrząsnęłam i dałam upust nagromadzonym emocjom. Wtuliłam się w Dimitry’ego pragnąc już nigdy go nie puścić.

- No ile można!

Odskoczyliśmy od siebie, jak poparzeni. Na gałęzi siedział Czarny z zadowoleniem wymalowanym na pysku. W tamtym momencie bardzo cieszyłam się z bycia wampirzycą. Policzki zostały blade, tylko w moim spojrzeniu można było wyczytać zawstydzenie.

- Nie przeszkadzajcie sobie! – Kontynuował niewzruszony nietoperz. – Ja chętnie popatrzę. – Dałabym sobie rękę uciąć, że się wtedy szczerzył.

- T-to absolutnie nie jest śmieszne! – Ofuknęłam go. – Spotkamy się później. – Dodałam w ekspresowym tempie znikając z ich pola widzenia.

Jak zwykle po polowaniu spotkaliśmy się pod dębem. Już nieco ochłonęłam, więc w drodze powrotnej rozmawialiśmy tak, jak zawsze – z uśmiechami na ustach. Jednak z każdym krokiem czułam większy skurcz w żołądku. Nie byłam zachwycona perspektywą spotkania się z Adeline. Zwłaszcza, że się nie myliła.

Weszliśmy do salonu. Od samego progu przywitało mnie wściekłe spojrzenie zielonych oczu. Z zaintrygowaniem dostrzegłam, że Diellen położył rękę na jej ramieniu przytrzymując ją w miejscu. Nie byłam pewna, co powinnam zrobić, więc usiadłam na sofie naprzeciwko gości. Dimitry poszedł w moje ślady.

- Musimy coś sobie wyjaśnić. – Zaczął brązowowłosy. – Adeline, powtarzałem to wielokrotnie i powtórzę jeszcze raz. Nie kocham Cię i nigdzie z tobą nie pójdę. Nadszedł też czas, abyś odeszła. Nie widzę potrzeby w roztrząsaniu tego, co jest już jasne.

- Uwiodła Cię, a Ty ślepo za nią podążasz. – Odpowiedziała z goryczą. – Niech tak będzie. Odejdę i Cię zostawię, jeśli tak chcesz. Ale wiedz, że nigdy nie pogodzę się z twoją decyzją.

- To, czy pogodzisz się z tym czy nie, jest już twoją decyzją. – Odparł spokojnie Dimitry. – Oczywiście możesz Nas odwiedzać, pamiętaj jednak że nie mam zamiaru znów się z tobą kłócić, więc więcej nie poruszajmy tego tematu.

- Zrozumiałam. – Zmrużyła oczy. – Zbieramy się, panowie. Musimy znaleźć schronienie na czas. – Dodała wstając.

Ja z Dimitrym również wstałam. Odprowadziliśmy naszych gości przed drzwi.

- Miło było was poznać. – Oznajmił Clave.

- Pomimo wszystko. – Dodał Diellen.

- Popieram. – Dorzucił się Marcellin. – Ale jeszcze kiedyś się spotkamy.

- No pewnie. – Uśmiechnęłam się. – Mi również było miło.

- Zawsze chętnie was przyjmiemy. – Przytaknął mi Dimitry.

Adeline tylko prychnęła, odwróciła się napięcie i zniknęła w gąszczu otaczającym posiadłość. Panowie uśmiechnęli się przepraszająco.

- Wybaczcie, nasza nadąsana przywódczyni nam ucieka. – Diellen westchnął zrezygnowany.

- W takim razie do zobaczenia. – Odpowiedział Dimitry.

- I powodzenia. – Dodałam spoglądając Diellen’owi prosto w oczy.

- Dzięki. Przyda mi się.

I pobiegli w ślad za brązowowłosą.

- Nareszcie sobie poszła! - Czarny zjawił się nie wiadomo skąd. – Miałem już jej po dziurki w nosie!

- Może wejdziemy do środka? – Spytałam.

- Wy idźcie, na mnie ktoś czeka. – Odparł nietoperz patrząc w stronę drzew. Na gałęzi jednego z nich przysiadł inny nietoperz. – Wiecie, obowiązki wzywają.

Roześmiałam się rozbawiona.

- W takim razie miłego spełniania obowiązków.

- Dzięki.

Odleciał w stronę swojej partnerki, a później razem zniknęli w lesie.

- Czyli wychodzi na to, że jesteśmy sami.

Dimitry objął mnie od tyłu w pasie i przyciągnął do siebie.

- Jakieś sugestie? – Zapytałam niewinnie.

- Znajdzie się taka jedna.

Poczułam na szyi jego wargi. Zadrżałam pod wpływem rozkoszy.

- Może jednak wejdziemy do środka?

- Jak sobie życzysz.

Brązowowłosy wziął mnie na ręce i wszedł do środka.

- Zatem do mojej komnaty, zacny rycerzu. – Zachichotałam.

- Wedle życzenia, moja pani. – Wymruczał mi do ucha.

Co było dalej, pewnie już wiecie. Takie książkowe szczęśliwe zakończenie. Liczę, że moja opowieść się wam spodobała i cieszę się, że chcieliście ją w całości przeczytać. Kto wie, może jeszcze kiedyś o nas usłyszycie?



THE END
 
 
     
REKLAMA 

Dołączyła: 18 Kwi 2014
Posty: 72
Poziom: 0
HP: 0/0
 0%
MP: 0/0
 0%
EXP: 0/0
 100%
  Wysłany: 2014-08-01, 15:31   

 
 
     
Sakurishi 


Wiek: 21
Dołączyła: 18 Kwi 2014
Posty: 72
Skąd: Niemcy
Poziom: 7
HP: 0/130
 0%
MP: 62/62
 100%
EXP: 7/16
 43%
Wysłany: 2014-08-01, 15:31   

Dopiska do No. 6 :)

*

Miałem siedemnaście lat, kiedy rozstałem się z Nezumi'm. Od tego czasu minęły dwa lata. Przez ten czas ludzie z miasta i z poza niego stali się jedną społecznością. Zapanował spokój. Każdy pomagał każdemu. W rok udało się naprawić wystarczająco dużo, by każdy miał gdzie mieszkać. Wszyscy Ci, którzy byli zamieszani w eksperymenty na ludziach zginęli przez pasożytnicze pszczoły. Dzięki temu w nowym mieście No. 6 zapanował jako taki pokój. Ja w końcu poczułem się spełniony. Zrobiłem wszystko to, co chciałem.

Jedyne, czego żałuję, to jest to, że nie udało mi się uratować Safu. Jednak gdyby nie to, nie byłbym w stanie dziś żyć. Co więcej, zapowiadało się jeszcze lepiej.

- Oka-san, jesteś gotowa?

- Hai.

Ujęła mnie za łokieć i razem wyszliśmy z naszego dotychczasowego domu. Skinęliśmy głowami nowym lokatorom i wsiedliśmy do samochodu.

- Zapnij pasy, Oka-san.

- Hai, hai. - Uśmiechnęła się lekko.

- Ach, Oka-san. Mam dla Ciebie niespodziankę.

- Jaką?

- Przekonasz się na miejscu.

Gdy dojechaliśmy czekał na nas już Staruszek i Psiara.

- Shion! - Zawołała uradowana dziewczyna.

- Co u Ciebie słychać, Psiaro? - Zapytałem ze śmiechem.

- W porządku. Ale patrz, Staruszek zaniemówił. - Zachichotała.

Odwróciłem się i zobaczyłem Oka-san, która wpatrywała się w Staruszka ze zdumieniem.

- Nic się nie zmieniłaś. - Stwierdził z uśmiechem.

- Ty również. - Odpowiedziała po chwili.

- Staruszku, możesz oprowadzić Oka-san i zaopiekować się nią?

- Pewnie. - Staryszek uśmiechnął się do mojej Oka-san. - Proszę ze mną, Lady.

- Na prawdę. - Zachichotała ujmując jego łokieć. - Nic się nie zmieniłeś.

Z uśmiechem obserwowałem, jak wesoło rozmawiając odchodzą w stronę domu Staruszka.

- Jak ten mały, którego Ci podrzuciłem?

- A właśnie, Shion. - W jej oczach dojrzałem demoniczny błysk. - Za zwalenie mi na głowę bahora od dziś codziennie do mnie przychodzisz i myjesz psy.

- Rozkaz szefowo. - Zaśmiałem się.

- Dobrze. - Uśmiechnęła się z satysfakcją. - John ma się dobrze.

- John? - Uniosłem brwi. - Niezbyt oryginalne imię. - Mruknąłem.

- Coś Ci się nie podoba? - Warknęła.

- A skąd. - Zaprzeczyłem.

- No i dobrze. - Założyła ręce na klatce piersiowej. - Dzisiaj zwalniam Cię z pracy. Możesz do niego iść.

- Nie mam pojęcia, o kim mówisz. - Oznajmiłem z szerokim uśmiechem.

- Jasne, jasne. Takie gadki możesz wciskać innym, nie mnie. - Pchnęła mnie lekko. - No idź. Wiem, że chcesz.

- Dziwnie to zabrzmiało. - Zauważyłem z rozbawieniem unikając jej prawego sierpowego. - Do jutra! - Krzyknąłem biegnąc w dobrze znanym mi kierunku.

- Punkt dziwiąta! Nie spóźnij się!

- Hai!

Po drodze zauważyłem myszy, które mnie wyprzedziły. No tak, na śmierć zapomniałem. On będzie wiedział, że tu jestem zanim do niego dotrę. Ba, on pewnie już wie. Zwolniłem, kiedy zostało mi ledwie dwieście metrów do schodów. Powoli poszedłem w dół schodów i skierowałem się do drzwi od pokoju Nezumi'ego. Bez wahania przeszedłem przez próg.

Światło było zgaszone, drzwi za moimi plecami same się zamknęły, a sam Nezumi we własnej osobie przygwoździł mnie do drewnianej zapory i przystawił nóż do szyi.

- Cóż za ciepłe powitanie, Nezumi. - Odezwałem się. - Zawsze się tak witasz?

- Oczywiście. - Odparł zapalając światło.

- Nie zmieniłeś się zanadto. - Zamrugałem oszołomiony.

- Ty też nie. - Stwierdził cofając się. - Słyszałem, że zostajecie tu na stałe.

- Masz dobre źródła. - Odpowiedziałem z rozbawieniem siadając na kanapie.

- Przede mną nic się nie ukryje. - Uśmiechnął się tajemniczo.

- Nie wątpię. - Zaśmiałem się.

- Osiągnąłeś wszystko to, co chciałeś? Mam na myśli odrodzenie miasta.

- Hai. - Uśmiechnąłem się radośnie. - Wprawdzie nie można powiedzieć, że to wymarzony ustrój, ale znacznie lepszy, niż ten trzy lata temu. - Dodałem. - Poza tym więcej już nie jestem w stanie zrobić. To, co się dalej stanie z No. 6 zależy od wszystkich ludzi, tak więc moja rola w dowództwie już się skończyła.

- Żałujesz?

- Chyba żartujesz. - Potarłem oczy. - Te staruchy z zarządu doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Za każdym razem zastanawiałem się, jakim cudem gatunek ludzi przetrwał do dziś mając na karku takich, jak oni. - Poczułem, jak żyłka na czole zaczyna mi pulsować. - Każdy możliwy szczegół poddawali w wątpliwość, choć wyłożyłem im go na najmniejsze możliwe partie i wszystko dokładnie wyjaśniłem. Cud nad cuda, że tu jestem, a nie kilka metrów pod ziemią. - Westchnąłem ze zrezygnowaniem. - Dobrze, że w końcu mam ich z głowy.

- Hymm. - Oparł podbródek na nadgarstku.

- A u Ciebie jak?

- Nic ciekawego.

- Słyszałem, że wróciłeś do teatru?

- Tylko od czasu do czasu.

W kieszeni zabrzęczał mi telefon. Skrzywiłem się i wyciągnąłem urządzenie. Wcisnąłem zieloną słuchawkę i przyłożyłem aparat do ucha.

- Moshimoshi?

- Shion-sama?

- To ja. O co chodzi?

- Etto... Chodzi o to, że nie do końca pamiętamy, jak uruchomić główny komputer...

- Idioci! Po to wam to pokazywałem, żebyście mnie nie męczyli telefonami w tak błachyh sprawach. - Potarłem czoło i po kolei wyjaśniłem im, co mają zrobić. - I więcej do mnie nie dzwońcie w tej sprawie. Dotarło?

- Hai. Arigato gozaimasu.

Wcisnąłem czerwoną słuchawkę i zirytowany rzuciłem telefon na stół.

- Widzę, że trzeba Cię odstresować. - Usłyszałem tuż przy uchu.

(Oryginalna wersja: http://blossoming-lily-in.../no-6-dopiska/)

*

Kiedy się obudziłem od razu wiedziałem, że mam mało czasu. Wyciągnąłem rękę po telefon i odblokowałem go rzucając okiem na godzinę. Przekląłem pod nosem widząc, że mam zaledwie kwadrans. Błyskawicznie usiademna łóżku i od razu tego pożałowałem. Poczułem się dokładnie tak, jakby rażono mnie prądem. Skrzywiłem się zaciskając jednocześnie zęby.

Nagle poczułem, jak Nezumi obejmuje mnie od tyłu w pasie opierając swoją klatkę piersiową o moje plecy i podbrudek na moim ramieniu.

- Już idziesz? - Zapytał niezadowolony.

- Miałem stawić się u Psiary o dziewiątej, a mam tylko kwadrans, żeby się ogarnąć i do niej dojść. - Odpowiedziałem uśmiechając się do niego.

- Niech da Ci wolne.

- Wczoraj miałem wolne.

- To dzisiaj też będziesz miał.

Wykonał tak szybki ruch, że moje oczy ledwo zdołały go zarejestrować w wyniku czego opadłem plecami na łóżko. Nezumi natychmiast to wykorzystał i położył się na mnie zupełnie ignorując mój protest. Wybrał numer Psiary i wcisnął zieloną słuchawkę.

- Ty jej to powiesz czy ja?

- Powiem jej osobiście. - Odparłem uparcie usiłując się uwolnić.

Szarooki włączył opcję głośnomówiącą.

- Halo? Shion?

- Pudło.

- Nezumi? Gdzie Shion?

- Z przykrością muszę stwierdzić, że z pewnych jakże zawiłych i skomplikowanych powodów Shion nie może stawić się dziś w pracy.

- Po prostu go nie puścisz, co? - Odezwała się dziewczyna po chwili milczenia.

- Może.

- Ach, rzeczywiście niezwykle zawiłe i skomplikowane! - Zaśmiała się. - Dobra, może przyjść jutro. Ale jutro już musi być.

- Zobaczę, co da się zrobić. - Odpowiedział Nezumi i rozłączył się.

Popatrzyłem się na chłopaka z przyganą.

- O co Ci chodzi? - Spytał niewinnie. - Dzięki mnie masz wolny dzień.

- Przecież mogłem iść. Wróciłbym później.

- Nie mam ani ochoty ani cierpliwości czekać do później. - Odpowiedział przesuwając kciukiem po mojej dolnej wardze. Nachylił się i wyszeptał mi prosto do ucha. - Wczoraj byłeś wspaniały.

Poczułem, jak gwałtownie się rumienię.

- N-n-nie mów takich rzeczy tak nagle! - Oburzyłem się odwracając twarz w bok.

- A nie podobało Ci się?

- T-tego nie powiedziałem.

- A chcesz to powtórzyć?

- Mówiłem Ci, że nie masz się mną bawić!

- Nie bawię się. Tylko droczę.

Wpił się w moje usta, gdy odwróciłem twarz w jego stronę z ciętą ripostą na końcu języka. Jednocześnie miałem ochotę go strzelić i nic nie robić pozwalając mu kontynuować. Ostatecznie wybrałem drugą opcję. Zarzuciłem mu ręcę na szyję i westchnąłem zrezygnowany, kiedy dobrał się do mojej szyi.

- Niech Cię... Ach!

- Uwielbiam reakcje twojego ciała. - Oznajmił znowu skupiając sie na moich wargach.

- Przezabawne... Och!

- Kawaii.

- N-nie mów tak. - Burknąłem. - Ach!

*

Później w końcu wstaliśmy. Poszliśmy wziąć kąpiel i Nezumi oczywiście od razu to wykrzystał, jak pewnie się domyślacie. Następnie w końcu się ubraliśmy. Nezumi gotował gulasz na piecyku, a ja przyglądałem mu się spode łba. W końcu jednak dałem za wygraną i tylko westchnąłem cierpiętniczo.

- Za jakie grzechy moim partnerem musi być sadysta?

- Dlaczego od razu sadysta? - Zachichotał.

- Żartujesz sobie? - Burknąłem.

- Nie moja wina. Przemawia przez Ciebie sama słodycz i niewinność. To bybyło wielkie marnotrawstwo gdybym tego nie zobaczył.

- Gdyby to było tylko raz.

Nezumi postawił na stole dwie miski i usiadł obok mnie. Objął mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Pocałował mnie z taką eksplozją uczuć, że aż zaparło mi dech.

- Nie chcę być zaborczy, ale jak ktoś się Ciebie tknie, to obetnę mu ręce.

- W ogóle nie jesteś zaborczy. Wcale, a wcale. - Prychnąłem. - Oka-san się nie liczy, mam rozumieć?

- Oczywiście.

- Staruszek?

- On ostatecznie jeszcze może. Ale niech się za bardzo nie lepi.

- Psiara?

- Jej odetnę jeszcze nogi.

- Czemu jesteś na nią tak cięty? - Zapytałem z rozbawieniem wyplątując się z jego objęć i biorąc do rąk jedną z misek.

- Bo wie, że tylko dzięki tobie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi.

- No tak. - Pokręciłem głową i wziąłem się ze konsumowanie mojej porcji. - Nie masz jednak o co się martwić. W końcu... - Nagle uświadomiłem sobie, co prawie powiedziałem i ugryzłem się w język. - N-nie ważne.

- No co? - Uniósł brwi. - Wiesz, że nie dam Ci spokoju, jak mi nie powiesz.

- W końcu nie byłem z żadną kobietą ani mężczyzną przed tobą, bo nie wyobrażałem sobie nikogo innego, jako mojego partnera. - Odpowiedziałem wbijając wzrok gdzieś w bok.

- I dobrze. - Odpowiedział odkładając miski na stolik.

Położył głowę na moich kolanach i przyłożył policzek do mojego torsu.

- Nie za wygodnie Ci? - Spytałem odrywając wzrok od ściany i spoglądając mu prosto w oczy.

- Nie. - Odparł.

- Rany. Co ja z tobą mam. - Westchnąłem wplatając palce w jego włosy i przeczesując je.

- Raj na ziemi. - Odpowiedział z zadowoleniem mrużąc oczy.



THE END
 
 
     
Sakurishi 


Wiek: 21
Dołączyła: 18 Kwi 2014
Posty: 72
Skąd: Niemcy
Poziom: 7
HP: 0/130
 0%
MP: 62/62
 100%
EXP: 7/16
 43%
Wysłany: 2014-08-01, 15:41   

To teraz czas na Free! :)

*

Wracaliśmy razem z wspólnego treningu we dwoje – ja i Rin. Pozostałych zatrzymała Gou mówiąc, że powinni jeszcze trochę poćwiczyć. Nie kwestionowałem tego, dziewczyna znała się mniej więcej na tym, co robiła.

Zerknąłem w bok. Rin'owi dopisywał dobry humor. Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech i nucił pod nosem jakąś nieznaną mi melodię. Odnowiliśmy naszą przyjaźń i znów mogliśmy razem pływać – może w innych zespołach, ale wciąż razem. Myślę, że własnie to powodowało taki, a nie inny wyraz twarzy chłopaka.

Niespodziewanie pochwycił moje spojrzenie.

- Co jest? - Zapytał.

Moje tęczówki nieznacznie drgnęły.

- Nic takiego. - Wbiłem wzrok z powrotem przed siebie.

Dotarliśmy do miejsca, gdzie zwykle się rozstawaliśmy. Wewnątrz mnie coś zaprotestowało. Nie chciałem rozstawać się z nim tak szybko. Nie pozwoliłem jednak, by moje ciało, wyraz twarzy czy oczy – jak mawiają, odzwierciedlenie duszy – zdradziły, o czym myślę.

- Mogę do Ciebie wpaść? - Spytał.

Spojrzałem się na niego.

- Jak chcesz. - Odparłem odwracając wzrok.

Uśmiechnął się szeroko.

- To chodźmy.

Ucieszyłem się, choć starannie to ukryłem pod maską obojętności, niezainteresowania ze szczyptą znudzenia. Maską, którą nosiłem na codzień, a zdejmowałem okazyjnie... Nie licząc oczywiście stanu, w którym stykam się z wodą i żyję świadomością, że jestem z nią połączony.

- Masz kogoś?

- Nie. A Ty?

- Też nie. - Założył ręce za głową. - A mówią, że sportowcy nie mają problemu ze znalezieniem dziewczyny. - Dodał śmiejąc się.

Nie odpowiedziałem. Podświadomie czułem, że wolałbym, by Rin nikogo nie miał. Nie chciałem go zobaczyć z kimś w tego rodzaju relacji. Czułbym się... Niezręcznie. Wiem, jestem okropny. Jako jego przyjaciel powinienem pragnąć dla niego tego, co najlepsze, ale... Nie potrafię. Kiedy to do mnie dotarło, poczułem się mocno przybity.

- Ej, Haru, co jest? - Zaniepokoił się Rin wyczuwając zmianę mojego nastroju.

- Nic. - Mruknąłem.

Dotarliśmy pod drzwi od mojego domu. Bez słowa otworzyłem drzwi i rzucając krótkie "wejdź" przekroczyłem próg. Poszedłem do łazienki, gdzie wywiesiłem swój ręcznik i kąpielówki mówiąc gościowi, żeby zrobił to samo. Chwilę później usiedliśmy w moim pokoju trzymając w rękach puszki pepsi.

- Nic się tu nie zmieniło, odkąd byłem tu ostatni raz. - Stwierdził. - No, może ilość twoich kąpielówek. - Dodał z rozbawieniem spoglądając na uchylone drzwiczki od mojej szafy.

Natychmiast zamknąłem szafę rzucając mu urażone spojrzenie.

- Wszystkie są wyjątkowe.

- Wszystkie są takie same.

- Nie prawda. Różnią się wzorem i ułożeniem na ciele. - Burknąłem stawiając puszkę na szafce nocnej i siadając na łóżku opierając plecy o ścianę.

Czerwonowłosy roześmiał się.

- Na pewno.

- Możemy zmienić temat? - Zirytowałem się.

Byłem niespokojny i drażliwy. To chyba jednak nie był dobry pomysł, żeby Rin tu przychodził. Rzuciłem mu przepraszające spojrzenie.

- Jesteś dzisiaj jakiś nie w sosie. - Oznajmił.

- Coś sobie uświadomiłem, to wszystko. - Mruknąłem odwracając wzrok.

- Wiesz, możesz mi powiedzieć...

- To nie najlepszy pomysł. - Przerwałem mu. - Lepiej, żebyś o tym nie wiedział. - Dodałem spokojniej uśmiechając się delikatnie.

Tak. Tak będzie zdecydowanie lepiej. Zachowam to, co powoli do mnie dociera, tylko i wyłącznie dla siebie. W końcu nie mogę do nikogo czuć nic więcej, niż przyjaźń, bo przecież woda jest moją jedyną miłością i kochanką. Poza tym... Reakcja Rin'a na takie oświadczenie mogła być dla mnie bolesna. Co więcej, mógłbym stracić to, o co z takim trudem walczyłem – naszą przyjaźń. Nie chciałbym, by te starania poszły na marne.

Mimo, że to wiedziałem czułem... Smutek. Było mi przykro, że te uczucia miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Byłem tchórzem. Wolałem jednak, by tak zostało, niżeli ryzykować odtrąceniem przez Rin'a.

- Haru! - Usłyszałem podniesiony głos chłopaka. Stał zaraz obok łóżka i pochylał się nade mną przyglądając mi się uważnie. - Co się z tobą dziś dzieje?

- Już mówiłem. - Odwróciłem wzrok. - To nic takiego.

- Rany! - Jęknął opadając z powrotem na krzesło. - Porozmawiaj ze mną. Wyrzuć to z siebie. Może potrafię Ci pomóc?

- Odpuść, Rin. Dam sobie radę.

- Nie jestem przekonany. Zawsze wszystko w sobie dusiłeś, zamiast powiedzieć, co Ci leży na sercu. Dlatego Makoto zawsze musi się o ciebie tak martwić.

Wzdrygnąłem się. Makoto, tak? Prawda, zawsze się mną zajmował i opiekował. Traktował, jak brata i doceniałem to. Jednak tu nawet on nie mógł nic zrobić.

- Rin, to naprawdę...

- Niech Cię szlag! - Wkurzył się.

Szarpnął mnie za lewe ramię, tak że wylądowałem plecami na łóżku i usiadł na mnie okrakiem przytrzymując moje nadgarstki nad moją głową. Zniżył swoją twarz tak, że dzieliło nas ledwie kilkanaście centymetrów.

Serce fiknęło mi koziołka. Za blisko. Stanowczo za blisko.

- Mów. - Zażądał.

- Dlaczego tak bardzo chcesz wiedzieć?

Spróbowałem inaczej. Skoro nie chciał odpuścić, może wystarczyło odwrócić jego uwagę? Jak się przekonałem chwilę później, nic bardziej mylnego.

- Nie lubię, kiedy masz przede mną jakieś sekrety. - Odpowiedział szczerze. - Szczególnie, kiedy ich tak bardzo chronisz. Więc?

- Dlaczego tak bardzo interesują Cię moje sekrety?

- Nie odwracaj kota ogonem.

- Jak mi odpowiesz, to ja odpowiem tobie.

Postawiłem wszystko na jedną kartę. Liczyłem, że się podda.

Mierzyliśmy się natarczywymi spojrzeniami.

- Lubię Cię i nie chcę, żebyś coś przede mną ukrywał. Zwłaszcza, kiedy widzę, jak Cię to gryzie. - Odpowiedział. - Twoja kolej. - Przeliczyłem się.

Byłem na przegranej pozycji. Gorączkowo zastanawiałem się nad wyjściem z tej niezręcznej sytuacji. On nie może się dowiedzieć! - krzyczał mój mózg i serce. W końcu postanowiłem wyjawić mu część prawdy.

- Moje serce zaczęło bić dla kogoś, kogo nigdy nie powinno nawet uwzględniać. - Wyrzuciłem z siebie odwracając twarz na lewo i wbijając wzrok w otwartą puszkę pepsi stojącą na moim stoliku nocnym.

- A co jest z nią nie tak? - Zapytał marszcząc brwi.

- To nie z nią jest coś nie tak. - Burknąłem.

Tak. Z "nią" wszystko jest w porządku. To ze mną jest coś nie tak.

- Więc o co...

- Rin, proszę. - Wyszeptałem na skraju załamania nerwowego. - Daj sobie z tym spokój.

Nie potrafiłem zapanować nad reakcjami swojego ciała. Zaczęło niekontrolowanie drżeć, klatka piersiowa unosiła się szybciej niż zwykle, oczy się zaszkliły.

- Haru... - Wpatrywał się we mnie badawczo. - Czy to Gou?

- Nie.

- Więc to... Ja?

Rzuciłem mu spłoszone spojrzenie. Po czym zamarłem z wzrokiem wbitym w ścianę. Przeklinałem się w myślach za niezdolność do zapanowania nad własnym ciałem, kiedy na policzki wkradł się słaby rumieniec. Uchwyciłem szalejące wewnątrz mnie emocje i zamknąłem je za drzwiami. Odzyskiwałem władzę nad swoimi kończynami i zastygłem w bezruchu, jak woskowa lalka. Powoli odwróciłem głowę w stronę czerwonowłosego, jakby poruszał nią stary mechanizm. Swoim pustym wzrokiem odpowiedziałem na natarczywe spojrzenie jego rubinowych tęczówek.

- Tak, Rin. To Ty. Teraz czujesz się usatysfakcjonowany? - Zapytałem gorzko.

Chłopak odetchnął wypuszczając z płuc przetrzymywane tam powietrze.

- Tak. - Na jego twarzy pojawił się uśmiech, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. Szczery i bajecznie piękny. - Bardzo.

Pochylił się i przytulił mnie mocno do siebie. Zdumiony nie ruszyłem się ani o milimetr. Co tu się dzieje? Czy Rin właśnie powiedział, że cieszy się z mojego uczucia do niego? Ale dlaczego? Czy czuje to samo, co ja? - te i inne pytania krążyły mi po głowie.

- Rin? - Zapytałem niepewnie.

- Ja też... Cię kocham. - Powiedział cicho, wprost do mojego ucha. - Od jakiegoś czasu chciałem Ci już to powiedzieć, ale ostatnio odnosiłem wrażenie, że podoba Ci się moja siostra. Nie chciałem wchodzić między was...

- Lubię Gou, ale jej nie kocham. - Odpowiedziałem wciąż usiłując przyjąć do wiadomości, że Rin odwzajemnia moje uczucia. - Ja... Rin, Ty naprawdę...?

Odsunął się ode mnie tak, by widzieć moją twarz.

- Przecież powiedziałem, nie? - Uśmiechnął się. - N-nie patrz tak na mnie. - Wyprostował się i zmieszany wyjrzał za okno jednocześnie puszczając moje nadgarstki.

- Jak? - Spytałem zdezorientowany.

- Niewinnie. Bezbronnie. Jak mały szczeniaczek. - Odpowiedział rumieniąc się i z uporem wciąż wyglądając przez to głupie okno. - Przez to jeszcze bardziej mam ochotę się do Ciebie dobrać. - Dodał zaciskając dłonie na materiale mojej bluzy.

- Jeśli naprawdę mnie kochasz, to nie mam nic przeciwko. - Powiedziałem, powoli wymawiając słowa.

Przez chwilę go zamurowało. Po chwili jednak na jego twarzy pojawił się nieco wredny uśmieszek, a w oczach dostrzegłem znajome, figlarne iskierki.

- Możesz być pewien, że jutro nie usiedzisz na krześle.

- Nie muszę. Jutro jest sobota. - Zauważyłem.

- Ach, faktycznie. - Przyznał uświadamiając sobie ten fakt. - To nawet lepiej.

(Oryginał: http://blossoming-lily-in...ee-rin-x-haru/)

*

- Od dzisiaj jesteśmy parą. - Postanowił Rin. - I nawet nie próbuj mi się wymigiwać.

- Nie będę. - Zapewniłem go przymykając powieki. - Dobranoc, Rin.

- Dobranoc, Haru. - Odpowiedział całując mnie w czubek głowy.
 
 
     
Sakurishi 


Wiek: 21
Dołączyła: 18 Kwi 2014
Posty: 72
Skąd: Niemcy
Poziom: 7
HP: 0/130
 0%
MP: 62/62
 100%
EXP: 7/16
 43%
Wysłany: 2014-08-01, 15:43   

Dopiska do Harutobi no Mori e :)
Mała zmiana w oryginalnym scenariuszu: Gin i Hotaru nie spotkali dwójki dzieci, z których jedno z nich było dzieckiem ludzkim. Rozpoczynam pisanie od momentu, kiedy Gin dał już maskę Hotaru i szli przez chwilę w milczeniu.



* * *



- Gin. - Szepnęłam cicho zatrzymując się. - Jest coś, co musisz wiedzieć.

- Co się stało? - Zapytał z delikatnym uśmiechem.

- Ja... - Zawahałam się. Naprawdę nie chciałam psuć chwili, ale Gin musiał wiedzieć. - Dwa miesiące przed rozpoczęciem się wakacji byłam na badaniach. Okazało się, że moje serce zaczęło umierać i nic nie można z tym zrobić, ponieważ zostało to za późno wykryte. Przeszczep serca nic by nie dał. Lekarz dał mi niecałe pół roku. Obawiam się, że... - Mój głos się załamał. - ... że nie spotkamy się w następne wakacje.

Moje ramiona zaczęły niekontrolowanie drżeć. Usiłowałam się uspokoić obejmując się ramionami. Zacisnęłam zęby i zdusiłam szloch głęboko w sobie. Gin wpatrywał się we mnie. Zastygł w bezruchu z szokiem wymalowanym na twarzy.

- Gomen ne. - Ściągnęłam maskę i nałożyłam mu ją na twarz. - Sayonara, Gin.

Delikatnie pocałowałam maskę w miejscu, gdzie Gin powinien mieć usta i odsunęłam się od niego. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie.

- Uważaj na siebie, kiedy mnie już nie będzie, ne?

Odwróciłam się i szybkim krokiem ruszyłam w drogę powrotną. Nie mogłam pozwolić, by zrobił jakąś głupotę. Nie mogłam pozwolić, by wraz z moim odejściem odszedł również on. Zniknęłam już za drzewami, kiedy nagle poczułam przeszywający ból. Ze świstem wciągnęłam powietrze i opadłam na kolana. Rzuciłam zdenerwowane spojrzenie za siebie. Nie było go. Odetchnęłam z ulgą. Dobrze, że tego nie widzi. Cierpiałby wiedząc, że nie może mi pomóc.



* * *



- Nie da się niczego zrobić? - Zapytałem drżącym z emocji głosem. - Zupełnie nic?

- Przykro mi, Gin. - Odpowiedział Kitsune. - Nie mogę uleczyć człowieka.

- W lesie umiera ta dziewczyna! - Zawołała lewitująca parasolka.

Poczułem, jak oblewa mnie zimny pot.

- Hotaru! - Krzyknąłem natychmiast biegnąc w stronę, z której przybyła parasolka.



* * *



- Hotaru? - Usłyszałam zrozpaczony krzyk Gin'a. - Gdzie jesteś?! Hotaru!

Gomen ne, Gin. Nie mogę Ci odpowiedzieć.

- Hotaru! Odpowiedz mi! Hotaru?!

Gomen ne. Jestem taka samolubna.

- Hotaru?!

Gomen ne.



* * *



Po kilku minutach poszukiwać dostrzegłem kawałek jukaty Hotaru. Natychmiast pobiegłem w tamtym kierunku. Upadłem przy niej na kolana sięgając do niej ręką. Dotknąłem ją i... Nic się nie stało. Przybyłem za późno, Hotaru już nie było.

- Hotaru...? - Szepnąłem załamanym głosem.

- Gin? - Usłyszałem słaby głos za plecami.



* * *



Zerwał się, jak poparzony z ziemi i odwrócił w moją stronę.

- Hotaru? - Zapytał niepewnie.

- Hai. To ja. - Odpowiedziałam równie niepewnie spoglądając na moje martwe ciało, już na zawsze zastygłe w bezruchu. Dłonie zaciśnięte na jukacie. Powieki delikatnie uchylone. Usta wygięte w słabym uśmiechu, zamarłe z przeprosinami na nich wypisanymi. Z trudem odwróciłam wzrok i spojrzałam się na Gin'a.

- Ja... tu zostaję? - Spytałam zastanawiając się, jak to się stało.

- Postanowiłem być trochę samolubny. - Oznajmił pojawiając się z nikąd Kitsune. - Poszedłem porozmawiać z panem tego lasu. Uznał, że jeden duch w tę czy w drugą stronę nie zrobi mu większej różnicy. A że ani ja, ani inne duchy nie chciały tracić Gin'a, to postanowiliśmy zatrzymać Ciebie. - Wyjaśnił. - Mam nadzieję, że nie będziesz się długo gniewać. Ymm... Co z rodziną? - Rzucił mi niepewne spojrzenie.

- Istniało duże ryzyko, że umrę właśnie podczas wakacji, więc pożegnałam się z rodziami przed wyjazdem. - Odparłam wpatrując się w lisa. - Z dziadkami i przyjaciółmi ze szkoły również.

- Wiedziałaś, że możesz tu zginąć przed powrotem do domu, a mimo to...? - Zapytał drżącym głosem Gin.

- Chciałam Cię zobaczyć, zanim... No wiesz. - Uśmiechnęłam się blado.

- Czyli sprawy rodzinne i zawodowe masz uporządkowane? - Zapytał Kitsune.

- Na to wygląda. - Odpowiedziałam marszcząc brwi.

- To znaczy, że możesz tu zostać bez nierozwiązanych spraw pozostawionych za sobą. Nic, tylko się cieszyć. - Kitsune ukazał całe swe uzębienie usiłując sie uśmiechnąć. - Gin, teraz oboje jesteście duchami. - Dodał.

- Czyli mogę...?

- Damy wam chwilkę na osobności~! - Rzucił śpiewnym tonem. - Ale tylko chwilkę! Inni chcą osobiście poznać Hotaru i również jej dotknąć~! Więc nie przeciągajcie, na~?

Po czym skocznym krokiem się oddalił. Tak, lis odszedł skocznym krokiem, w dodatku szczerząc się od ucha do ucha.

Pół sekundy później znalazłam się w objęciach Gin'a. Mocno przytulał mnie do swojej piersi powtarzając moje imię wciąż i wciąż, jakby było zaklęciem. Wtuliłam się w niego czując, jak wypełnia mnie szczęście. Mogłam dotknąć Gin'a. On mógł dotknąć mnie.

Staliśmy tak tuląc się do siebie. W końcu minęło pierwsze wrażenie i odsunęliśmy się od siebie na długość łokcia.

- Gomen na. Podjęli decyzję za Ciebie.

- Nie gniewam się. - Uśmiechnąłam się szeroko. - Prawdę mówiąc, jestem szczęśliwa. Bardzo, bardzo szczęśliwa.

Gin uśmiechnął się delikatnie.

- Ja też.

Obejmując mnie w pasie przyciągnął bliżej i nachylił się. Ja jedną dłoń oparłam na jego ramieniu, drugą przyłożyłam do jego twarzy. Spoglądaliśmy sobie głęboko w oczy do momentu, w którym nasze usta się zetknęły. Przymknęłam powieki rozkoszując się pocałunkiem. Ledwie muśnięcie warg, niczym skrzydła motyla. Kolejny był głębszy, następny jeszcze bardziej. Przylgnęłam do Gin'a, a on otoczył mnie ramionami, jakby chciał mnie schować.

- Hotaru. - Szepnął, gdy oderwaliśmy się od siebie.

- Hai, Gin?

- Już nigdy nie wypuszczę Cię z moich objęć. Będziemy razem na zawsze. Na zawsze.

- Na zawsze. - Potwierdziłam przyciskając policzek do jego obojczyka.



Na zawsze.
 
 
     
Sakurishi 


Wiek: 21
Dołączyła: 18 Kwi 2014
Posty: 72
Skąd: Niemcy
Poziom: 7
HP: 0/130
 0%
MP: 62/62
 100%
EXP: 7/16
 43%
Wysłany: 2014-08-01, 15:44   

A teraz czas na Naruto i paring SasuSaku :)

*

Wojna. To tam Cię zobaczyłam. Nic się nie zmieniłeś – wciąż dumny, pewny siebie, dbający tylko i wyłącznie o siebie. O swoje cele i swoje pragnienia, nie zważając na koszty, jakie później będziesz musiał ponieść.

Cieszyłam się, kiedy połączyłeś siły z Naruto. Kiedy w końcu nadszedł upragniony koniec spoglądałam, jak Hinata zalana łzami podbiega do blondyna i się w niego wtula. Ten objął ją mocno i szeptał uspokajające słowa. Ach, jak zazdrościłam białookiej, że mogła objąć tego, kogo kochała.

Gdy wojna się skończyła nadszedł czas na oszacowanie strat i rehabilitację. Wiele osób straciło rodziny, przyjaciół i ukochanych – temu cierpieniu nie sposób było ulżyć. Pracowałam w szpitalu pomagając ile tylko mogłam.

W przybliżeniu pół roku po końcu wojny w końcu dorobiłam się wolnego weekendu. Przez ten okres niewiele miałam czasu na sen, nie mówiąc już o spotkaniach z przyjaciółmi, dlatego postanowiłam w końcu się z nimi spotkać. Wyszłam właśnie ze szpitala, był to piątek, godzina szesnasta, gdy w drodze powrotnej do domu wpadłam na Naruto i Hinatę. Wyglądali na szczęśliwych razem. Cieszyłam się, że dobrze się im układało.

- Cześć wam. - Uśmiechnęłam się lekko.

- Sakura-chan! - Zawołał uradowany blondyn. - Wracasz z pracy?

- Hai.

- Powinnaś trochę odpocząć. - Granatowowłosa zmarszczyła z troską czoło.

- Sytuacja się nieco ustabilizowała i Tsunade-sama wysłała mnie na przymusowe wolne. - Zaśmiałam się cicho. - Do pracy wracam dopiero w poniedziałek.

- Idealnie! - Klasnął w dłonie błękitnooki. - Dziś spotykamy się u Nas.

Może was to zaskoczyć, ale blondyn mieszkał już od jakiegoś czasu w rezydencji Hyuga. Po śmierci Neji'ego Hinata potrzebowała jego wsparcia i było znacznie wygodniej, kiedy był blisko. Naruto nie miał nic przeciwko, ojciec Hinaty ostatecznie dał się przekonać. Naprawdę im zazdrościłam tej więzi.

- O dwudziestej w zachodniej części. Wejście boczną bramą.

- Czuję się zaproszona.

- Ty zawsze jesteś zaproszona. - Odparł wesoło Uzumaki. - Prawda, Hinata?

- H-hai. - Zarumieniła się, kiedy chłopak pocałował ją w policzek.

- Pójdę już. Powinnam się przygotować, a i wy macie pewnie kilka rzeczy na głowie. Do zobaczenia później, gołąbki.

- Ale na pewno przyjdziesz? - Zapytali w tym samym momencie, spoglądając na mnie ze zmartwieniem na twarzach.

- Przyjdę choćby po to, żeby na was popatrzeć. - Odpowiedziałam posyłając im szeroki uśmiech. - Obiecuję.

Wyminęłam parę i pomachałam im przez ramię, już parę metrów za nimi. Popatrzeli się po sobie niepewnie. Później zniknęli mi z oczu przesłonięci przez tłum.

Nie wiedziałam, czy to zwykłe spotkanie czy domówka, ale byłam pewna, że nie musiałam wciskać się w żadną sukienkę. Ubrałam się nieco mniej oficjlanie i uznałam, że tak będzie w porządku. Z domu wyszłam za kwadrans ósma.

Na miejscu byłam na pięć minut przed umówionym rozpoczęciem imprezy. Weszłam boczną bramą na teren zachodniej części posiadłości Hyuga, zgodnie ze wskazówkami Hinaty, i skierowałam się w stronę otwartych drzwi.

W środku było już wielu gości. Kiwałam głową na powitanie każdemu, kto mnie dostrzegł. Gospodarze, Kiba, Shino, Ino, Chouji, Shikamaru, Ten-ten, Lee i wielu innych. W końcu zdecydowałam się podejść do brunetki samotnie stojącej pod ścianą.

- Hej. - Uśmiechnęłam się lekko do Ten-ten. - Co tam u Ciebie?

- Och, cześć. - Odwzajemniła niepewnie mój uśmiech. - Ciężko, ale dzięki waszemu wsparciu daję sobie radę. A u Ciebie działo się coś ciekawego?

- Przez ostatni miesiąc większość czasu spędzałam w szpitalu. Wciąż jest dużo pracy, ale wszystko powoli się uspokaja. - Oparłam się o ścianę obok niej.

- Czyli nie tylko ja po miesiącu w końcu zdecydowałam spotkać się ze wszystkimi?

- Nie jesteś sama. - Potwierdziłam, celowo używając takich słów, by dziewczyna mogła dostrzec drugie dno. W odpowiedzi uśmiechnęła się z wdzięcznością.

- Ten-ten, poratuj kolegę! - Zawołał Lee kilka kroków od nas. - Jak tego nie zrobisz, Kiba oskubie mnie ze wszystkich pieniędzy!

- Już idę! - Odkrzyknęła dziewczyna. - Wybacz, muszę iść bronić oszczędności kolegi. - Zaśmiała się.

- Powodzenia.

- Dzięki. Przyda się.

Ponownie ruszyłam przez tłum. W pewnym momencie natknęłam się na gospodarzy nerwowo dyskutujących z Ino. Podeszłam do nich.

- Stało się coś? - Spytałam.

Wzdrygnęli się zaskoczeni rzucając mi poddenerwowane spojrzenia.

- Bo widzisz... - Zaczęła blondynka. - Naruto zaprosił też Sasuke...

- Zapomniałem Ci o tym powiedzieć. Gomen gozaimasu. - Rzucił mi skruszone spojrzenie. Popatrzałam się na nich z rozbawieniem.

- Ale to żaden problem. - Zapewniłam. - To twój przyjaciel, więc to nic nadzwyczajnego, że chciałeś, aby tu był.

- Jesteś pewna? - Spytała granatowłosa.

- Jasne. - Uśmiechnęłam się. - Przecież on do mnie nie podejdzie, więc nie ma problemu.

- A skąd wiesz? - Wypaliła Ino.

- Jesteś w stanie to sobie wyobrazić? - Zapytałam rozbawiona tym absurdalnym pomysłem. - Ino, chyba za dużo już wypiłaś. Nie martwcie się, jest w porządku. A jeśli będę chciała iść do domu, to najpierw dam wam znać. Zgoda?

- Dobra. - Naruto jako pierwszy przyjął moją propozycję. - To może drinka? - Dodał spoglądając znacząco na nasze puste szklanki.

Chwilę później, z uzupełnionymi brakami w przezroczystych naczyniach, rozpoczęliśmy rozmowę o mało znaczących rzeczach. Potem postanowiłam jednak się od nich uwolnić – Ino i Hinata aż za bardzo się martwiły, jakbym zaraz miała się rozpaść.

Poszłam więc do udostępnionej dla gości części ogrodu. Było cicho, ale tylko przez chwilę. Przyjemną chwilę relaksu zniszczyły mi podekscytowane piski dziewczyn. Odwróciłam głowę w tamtym kierunku i dostrzegłam nikogo innego, jak Uchihę oblężonego przez fanki. Nie mogłam powstrzymać chichotu. Wyglądało to naprawdę zabawnie – brunet nie miał nawet centymetra wolnej przestrzeni dla siebie. Nie wiem, jak to zrobił, ale dosłyszał mój śmiech przez całą tą mieszankę głosów otaczających go dziewczyn. Spoczęły na mnie te ciemne, odbijające światło zachodzącego słońca oczy. Natychmiast odwróciłam wzrok. Niedaleko mnie dostrzegłam Chouji'ego i Shikamaru siedzących na ławce, podeszłam więc do nich.

- Co tam chłopcy? Też przyszliście odpocząć od hałasu w środku?

- Tak. - Przytaknął pierwszy z nich zajadając się przekąskami.

- Przebywanie z taką ilością ludzi w jednym pomieszczeniu jest kłopotliwe. - Odparł drugi opierając się o ogrodzenie.

- Jakąś nie dziwi mnie twoja odpowiedź. - Podniosłam swojego drinka. - Na zdrowie.

Chłopcy powtórzyli moje ostatnie dwa słowa, stuknęliśmy się szklankami i napiliśmy się kilka łyków. Porozmawiałam z nimi trochę, potem pogadałam jeszcze trochę z ludźmi w środku i przed północą postanowiłam się zwinąć. Byłam zmęczona po długim czasie bez wolnego i chciałam się wyspać. Pomijając już fakt, że nie chciałam się upić. Pomimo prób przekonania do dłuższego pobytu i odrzucenia propozycji odprowadzenia do domu, w końcu opuściłam posiadłość Hyuga.

Z westchnieniem ulgi wyszłam na ulicę i przeczesałam włosy palcami. Uwolniłam się od zgiełku, hałasu i nieco za mocno przejmujących się moją osobą przyjaciół. Ruszyłam przed siebie na cel obierając swój dom.

Przechodziłam akurat przez park, gdy zobaczyłam przed sobą Sasuke z jakąś blondynką uwieszoną na jego szyi. Wyglądał na wyjątkowo podirytowanego.

- Odczep się. - Warknął brunet.

- Ale Sasuke-kun, nie przeszliśmy jeszcze do najlepszego!

Czarnooki obrzucił jej ciało zniesmaczonym spojrzeniem. Wtedy też dostrzegł mnie. Usiłując zachować twarz pokerzysty przeszłam obok nich, nie zwalniając, ani przyspieszając.

- Zabierz łapy. - Syknął coraz bardziej rozzłoszczony chłopak.

Tym razem nie udało mi się powstrzymać cichego chichotu. Natychmiast zasłoniłam usta dłonią, usiłując stłumić głos, jednak nie umknęło to uwadze bruneta. W końcu skończyła mu się cierpliwość i bezceremonialnie zrzucił blondynkę na ziemię. Zanim ta zdążyła podnieść się z ziemi, Sasuke był już obok mnie. Rzucił mi rozdrażnione spojrzenie.

- To nie było zabawne.

- Zależy z jakiego punktu widzenia. - Odparłam nie patrząc na niego. - Druga runda? - Dodałam słysząc, jak dziewczyna biegnie za Uchihą. Kiedy skoczyła, żeby rzucić się na jego plecy, ten zrobił krok w lewo, tym samym unikając blondynki i przybliżając się do mnie. Dzieliło nas już tylko dziesięć centymetrów. - Albo i nie. - Przyznałam z rozbawieniem. - No, ale teraz jestem w stanie zrozumieć, jak bardzo musi Cię irytować namolność ze strony twoich fanek. - Dorzuciłam.

- Sasuke-kun, kim ona jest? Dlaczego z nią rozmawiasz? - Krzyknęła zrozpaczona panna zupełnie ignorując moją obecność. Złapała bruneta za ramię i pociągnęła zmuszając, by przystanął.

- Mogę rozmawiać z kim chcę i kiedy chcę. - Odpowiedział zimno, mrożąc dziewczynę lodowatym spojrzeniem. - Masz minutę, żeby zejść mi z oczu. Później połamię Ci ręce i nogi. - Warknął. Nie wyglądał na kogoś, kto żartuje.

Wykorzystałam fakt, że się zatrzymali i oddaliłam, nie zatrzymując się ani na chwilę.

- Sasuke-kun...! - Załkała żałośnie, rozpłakała się i odbiegła.

Westchnęłam cicho. Znałam to uczucie odrzucenia i nikomu go nie polecałam. Kiedyś mnie również często tak spławiał, więc wiedziałam, co czuła zraniona blondynka.Spojrzałam się zaskoczona na chłopaka, kiedy mnie dogonił i dostosował swoje tempo do mojego. Postanowiłam się jednak nie odzywać pierwsza – jeśli czegoś ode mnie chciał, musiał pierwszy to powiedzieć.

- Co ostatnio robiłaś? - Zapytał.

Popatrzałam na niego marszcząc brwi. Co go to obchodziło?

- Pracowałam. - Odpowiedziałam w końcu. - W szpitalu zawsze jest dużo pracy, a po wojnie ktoś musi zająć się rannymi.

- Soka. - Nie rozumiałam, do czego potrzebna była mu ta informacja. - Mam... Prośbę.

- Jaką? - Uniosłam brwi pytająco.

- Możesz zbadać moje oczy?

- Myślałam, że Tsunade zrobiła już wszystko, co się dało.

- Mam chodzić co tydzień na badania do szpitala, a nie mam ochoty przebywać w takim miejscu. - Odpowiedział krzywiąc się.

- Soka. - Wzruszyłam ramionami. - Zgoda. Mam to zrobić teraz?

- Nie. Jutro masz wolne, nie? Przyjdę o dziewiątej.

- Och, oczywiście, że mam czas. Dzięki, że pytasz. - Prychnęłam.

Kątem oka dostrzegłam, jak na jego twarzy zamajaczył złośliwy uśmieszek.

- Postanowione. Bądź gotowa na moją wizytę.

Nagle dostrzegłam, że stoję przed moim domem. Sasuke nie zatrzymując się poszedł dalej. Zmarszczyłam brwi. Mógł iść główną ulicą, w końcu o tej porze było pusto, a idąc ze mną nadłożył sobie drogi. Tylko po to, żeby ze mną porozmawiać? Nie, nie możliwe. Potrząsnęłam głową i weszłam do domu.



*



Następnego dnia wstałam pięć minut po ósmej. Wzięłam prysznic, ubrałam się w swoje codzienne ubrania i zjadłam śniadanie. Akurat skończyłam zmywać, kiedy usłyszałam pukanie. Zerknęłam na zegarek – równo dziewiąta. Cóż za punktualność. Wyszłam z kuchni i skierowałam się do przedpokoju. Otworzyłam drzwi i natychmiast natknęłam się na głęboką czerń tęczówek Uchihy. Wzdrygnęłam się w duchu. Za każdym razem, gdy napotykałam jego wzrok miałam wrażenie, jakby z dziecinną łatwością odczytywał wszystkie moje myśli.

- Wejdź. - Rzuciłam tylko, odwróciłam się i przeszłam do salonu. Usłyszałam charakterystyczny klik świadczący o zamknieciu drzwi i nic poza tym. Nie słyszałam jego kroków, ale byłam pewna, że idzie za mną. Obecność bruneta była wręcz namacalna. - Usiądź. - Skinęłam głową na jeden z foteli. - Kawy, herbaty?

- Herbaty.

Przeszłam przez łuk do kuchni i przygotowałam nam gorącego naparu. Dwie minuty później wróciłam do salonu. Nie mogłam wyzbyć się wrażenia, że Sasuke nie pasował do mojego domu. Kontrastował z otoczeniem, jak światło dnia z mrokiem nocy. Postawiłam jeden kubek przed moim gościem, a z drugim usiadłam w fotelu naprzeci niego. Pomiędzy nami stał niski stolik, który stanowił swego rodzaju mur ochronny.

- Masz ze sobą swoją dokumentację medyczną?

W odpowiedzy wyciągnął przed siebie dłoń. Na jej środku przez krótką chwilę buchnął ognień, po czym z płomieni wyłonił się niepozorny, ciemnozielony zwój ze znakiem klanu Uchiha na boku. Wyciągnęłam po niego lewą rękę. Chwilę później przeglądałam zawartość zwoju czytając diagnozy i postępy leczenia zapisane przez moją mentorkę.

- Poinformowałeś Tsunade-sama, że tą kontrolę ja przeprowadzę?

- I następne też. - Spojrzałam się na niego pytająco. - Powiedziała, że ulżyło jej, że nie będzie musiała mnie więcej oglądać.

Parsknęłam śmiechem, zaraz jednak odchrząknęłam i opanowałam swoje ciało powstrzymując je przed cichym chichotaniem pod nosem.

- Soka. - Złożyłam podpis w odpowiedniej rubryce i odłożyłam zwój na stolik, obok mojego w połowie pustego już kubka. - Dobrze. Będę musiała dotknąć twoich skroni, a Ty będziesz musiał zamknąć oczy i skupić się na swoich oczach. - Skinął głową. Wstałam i przeszłam za fotel, który zajmował. Przyłożyłam opuszki palców wskazujących i środkowych do jego skóry, ledwie zachowując kontakt fizyczny. - Odpręż się.

Sama również zamknęłam oczy. Skontrolowałam stan oczu bruneta, poprawiłam co trzeba i wróciłam na swoje miejsce. Napisałam krótką notatkę w odpowiednim miejscu i oddałam zwój brunetowi. Spojrzał się na mnie uważnie.

- Już?

- Już.

- Tsunade zajmowało to dłużej.

- Bo teraz może pozwolić sobie na maksymalne wykorzystywanie czasu przeznaczonego dla pacjentów ze słabszymi dolegliwościami. W ten sposób się nie przemęcza. - Wyjaśniłam.

Uniósł brwi w lekko niedowierzającym geście, po chwili jednak wzruszył ramionami.

- Nie jest to coś, w co ciężko mi uwierzyć. - Przyznał.

Dokończyłam swoją herbatę i wzięłam kubek od bruneta widząc, że on również już wypił swoją. Poszłam do kuchni, szybko zmyłam naczynia i kiedy odróciłam się w stronę salonu dostrzegłam mojego gościa opartego o łuk.

- Masz do mnie jeszcze jakąś sprawę? - Spytałam opierając się o blat za mną.

- Nie, będę się zbierał. - Odpowiedział, powoli wymawiając każdą sylabę.

- Odprowadzę Cię do drzwi.

Wyminęłam go i poszłam do przedpokoju. Tam Uchiha ubrał swoje buty. Już chciałam otworzyć mu drzwi, gdy ktoś nagle z drugiej strony naparł na drewnianą deskę. Zaskoczona cofnęłam się o krok. Niestety za mną był niski stopień, przez co się potknęłam. Zamiast jednak mieć spotkanie pierwszego stopnia z podłogą, zatrzymałam się plecami na klacie Sasuke. Ten przytrzymał mnie w ostatnim momencie, żebym nie upadła. Spojrzałam się zirytowana na osobę, która wtargnęła do mojego mieszkania.

- Sakura! - Krzyknęła Ino, jeszcze nie dostrzegając stojącego za mną bruneta. - Słyszałam, że przejęłaś od Tsunade jakiegoś pacjenta, a przecież miałaś odpocząć w ten weekend! - Ciągnęła, z wyraźnym oburzeniem w głosie.

- Bo badanie oczu to rzeczywiście ciężka harówka. - Prychnęłam odsuwając się od chłopaka. - Tak na przyszłość – puka się. - Dodałam rzucając blondynce ganiące spojrzenie.

- Zapamiętam. A teraz... Och. - Wytrzeszczyła oczy na Uchihę. - N-nie wiedziałam, że masz gościa. - Zmieszała się.

- To pacjent, o którym słyszałaś. - Odpowiedziałam. - Właśnie wychodził. - Dodałam spoglądając na chłopaka znacząco.

Ten w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami i przeszedł przez próg zamykając za sobą drzwi. Niebieskooka spojrzała się na mnie wciąż niedowierzając.

- Chcesz czegoś? - Zapytałam wzdychając.

- Idziemy naszą paczką na plażę i pomyślałam, że może chciałabyś iść z nami. - Odparła po chwili ciszy. - Wszystko w porządu? No wiesz...

- Nic mi nie jest. - Przewróciłam oczami. - A na plażę chętnie pójdę.

- Super! - Ucieszyła się. - O jedenastej przy północnej bramie.



*



Już od rana czułam, że to nie będzie mój dzień. Uchiha znowu mi się napatoczył. Nie miałam ochoty go widzieć, zwłaszcza, że Ino widziała nas razem. Teraz nie odstępywała mnie na krok i pilnowała, żeby nie znalazł się bliżej mnie niż na odległość trzech metrów.

- Ino, opanuj się. Dziwnie się zachowujesz.

- Martwie się o Ciebie. - Fuknęła urażona.

- Nie potrzebuję ochrony, uwierz. - Przewróciłam oczami. - Poza tym, może zainteresowałabyś się kimś innym? - Skinęłam głową w stronę Sai'a, do którego właśnie podbijały dwie dziewczyny.

- Ach! - Spojrzała się w stronę chłopaka. - Cholera!

Puściła mój łokieć i poszła odbić swojego chłopaka. Powoli wypuściłam powietrze z płuc. W końcu pozbyłam się mojej nadgorliwej opiekunki. Usiadłam na swoim ręczniku i obrzuciłam otoczenie badawczym spojrzeniem. Nagle natknęłam się na znajome, ciemne oczy. Uniosłam brwi pytająco, a wtedy Sasuke podniósł się ze swojego ręcznika i chwilę później przysiadł się do mnie.

- Coś nie tak? - Zapytałam.

- Możesz jeszcze raz sprawdzić moje oczy? Światło chyba je podrażniło.

- Ma problem ze wzrokiem i jeszcze patrzy się prosto w słońce. - Pokręciłam głową z dezaprobatą. - Dobra. Nie ruszaj się.

Usiadłam tak, żeby być zwróconą przodem do bruneta. Intensywne spojrzenie jego czarnych oczu ani trochę mi nie pomagało, a przecież musiałam się skupić. Poratował mnie mój profesjonalizm – w końcu nie pierwszy raz miałam do czynienia z trudnym pacjentem.

- Już.

Niespodziewanie przewrócił nas na mój ręcznik. Otworzyłam szerzej oczy. Już otworzyłam usta, gdy sekundę później obok nas o piasek z impetem trafiła piłka do siatkówki. Ponownie spojrzałam na bruneta.

- Mogłeś odbić ją ręką. - Zauważyłam oskarżycielsko.

- Masz rację. Mogłem. - Odparł z wrednym uśmieszkiem.

Prychnęłam. Wróciliśmy do poprzednich pozycji. Wtedy podbiegł do nas Naruto z zakłopotaną miną. Musiał widzieć, jak Sasuke postanowił uchronić nas przed uderzeniem.

- Sorki. - Uśmiechnął się nerwowo. - Może dołączycie?

- Pod jednym warunkiem. - Rzuciłam brunetowi mordercze spojrzenie. - Będziemy w przeciwnych drużynach.

- Zgoda. - Odpowiedział Sasuke za blondyna.

Zagraliśmy dwa mecze. Oba wygrała drużyna Uchihy. Ichoć z niewielką przewagą punktową, doprowadzało mnie to do szału. Pełna negatynych emocji postanowiłam popływać dla relaksu. Bez zastanowienia przeszłam szybkim krokiem po pomoście i wskoczyłam do wody.

- Niech Cię szlag, Uchiha! - Krzyknęłam w duchu.

Pół godziny później, po maksymalnym zużyciu siły, wyszłam z wody. Lekko dysząc opadłam zmęczona na mój ręcznik.

- I co, wyładowałaś złość po porażce? - Usłyszałam złośliwy ton.

- Spadaj. - Warknęłam.

- Jak miło. - Zakpił.

- Czerpiesz jakąś satysfakcję z wytrącania mnie z równowagi? - Zapytałam podirytowana odwracając twarz tak, by móc na niego spojrzeć.

- Można tak to ująć.

- Jak Ci się nudzi, to idź powkurzać Naruto. On jest do tego przyzwyczajony.

- Jego reakcje nie są zabawne. W przeciwieństwie do twoich.

- Odczep się ode mnie, Uchiha.

- Nie zrobię tego, Haruno.

Zmroziłam go lodowatym spojrzeniem. Wtedy też dostrzegłam, że na ręcznikach zostaliśmy tylko my. Zmarszczyłam brwi.

- Gdzie wszyscy?

- Poszli do sklepu. Ktoś musiał zostać, żeby Cię o tym poinformować, bo nie zdążyli tego zrobić, kiedy tak wyrwałaś do morza.

- Czyli to moja wina?

- Oczywiście.

- Jesteś naprawdę nieznośny. - Burknęłam. - Masz jakiś konretny cel w swoim działaniu?

- Lubię widzieć twoją twarz pełną emocji. Jestem ciekaw, ile jesteś w stanie jeszcze mi pokazać. - Nachylił się nade mną. - Czym mnie jeszcze zaskoczysz, Haruno?

Zmrużyłam oczy.

- Nie jestem żadnym pieprzonym obiektem badawczym, Uchiha. - Syknęłam. - Znajdź sobie innego królika doświadczalnego.

- To już nie byłoby ciekawe. - Odpowiedział.



*



Tydzień później. Przyszedł czas na kolejną wizytę Uchihy. Na samą myśl miałam ochotę czymś rzucić. Gdy więc usłyszałam pukanie do drzwi nie spieszyłam się zanadto. A kiedy w końcu otworzyłam, zaraz spróbowałam zamknąć je znowu. Oczywiście Uchiha mi na to nie pozwolił, ale zawsze mogłam spróbować.

- Już wiem, czemu Tsunade-sama miała Cię dość.

- Nie było Ciężko ją złamać. Wystarczyły cztery wizyty. Ciekawe, ile Ty wytrzymasz?

- Nie podpuścisz mnie.

- W takim razie nie zostaje mi nic innego, jak...

- Jak co? - Stanęłam przed wejściem do kuchni, gdy nagle zostałam przyparta do ściany. - Co Ty robisz? - Oburzyłam się.

- Odbieram swoją nagrodę za cierpliwość. - Jedną rękę położył na mojej talii, żeby przytrzymać mnie w miejscu, a drugą chwycił za podbrudek. - A przy okazji wymierzę Ci karę za prowokowanie mnie.

- O czym Ty mówisz?! Natychmiast mnie puść! - Szarpnęłam się, ale na nie wiele się to zdało. Był ode mnie silniejszy.

- Nie chcę.

I zupełnie ignorując moje protesty wpił się w moje usta. W pierwszej chwili mnie sparaliżowało. W drugiej ogarnął gniew. Kiedy chciał włożyć swój język do moich ust ugryzłam go. Zaskoczony odsunął swoją twarz od mojej.

- Pieprzony książę łaskawie wróciłeś do wioski i myślisz, że co? Od tak Ci się oddam? Twoje niedoczekanie. Palant!

Oparłam swoje dłonie na jego klatce piersiowej i naparłam na nią, chcąc go odepchnąć. Osiągnęłam jednak tyle, co nic. Nawet nie drgnął.

- Interesujące. - Stwierdził z drapieżnym uśmieszkiem, kiedy otrząsnął się z zaskoczenia. - Podejmuję twoją grę, Haruno. Od teraz będę Cię prześladował, dopóki mi nie ulegniesz.

Pobladłam.

- Żartujesz. Nie upadniesz tak nisko, żeby latać za jakąś dziewczyną. To niedorzeczne. - Mówiłam spanikowana.

- To nie żart. - Zmusił mnie, żebym spojrzała się prosto w jego oczy. - Zdobędę Cię.

Patrzałam na niego przez chwilę, oczekując pojawienia się wrednego wyrazu twarzy i tekstu w typu: „I co, uwierzyłaś w to? Głupia!”, ale się nie doczekałam.

- Przestań. - Szepnęłam czując, jak moja siła powoli się kruszy. - Nie mów takich rzeczy, kiedy już ułożyłam sobie życie bez Ciebie.

Opuściłam głowę. Włosy opadły mi na twarz, częściowo ją zasłaniając. Zacisnęłam nerwowo palce na jego ramionach.

- Wiem, że na to nie zasługuję. - Odpowiedział tak samo cicho. - Ale nie potrafię sobie Ciebie odpuścić. Szkoda, że zrozumiałem to dopiero teraz, kiedy już mi nie ufasz. - Zamilkł na chwilę. - Nie poddam się. Odzyskam twoje zaufanie.

Pocałował mnie jeszcze raz. Tym razem w czoło. Potem posadził mnie na sofie i wyszedł, zostawiając mnie sam na sam z moimi myślami.



*



Chyba każdy zauważył moją zmianę nastawienia do Uchihy. Unikałam go, jak tylko się dało. A on, zgodnie z tym, co mówił, nie ustępował w próbach przekonania mnie do siebie. Nie przy świadkach – na początku mnie to zastanawiało, ale im bliżej go poznawałam, tym bardziej rozumiałam jego postępowanie. On najzwyczajniej w świecie się wstydził okazywać uczucia przy ludziach. Na początku moje odkrycie mnie rozbawiło, później rozczuliło. Wtedy zrozumiałam, że dłużej nie dam rady się opierać.



*



Otworzyłam drzwi. Bez słowa wpuściłam go do środka. Badanie poszło szybko i sprawnie, tak jak zawsze. Jak zwykle miałam zamiar wrócić na swój fotel, ale wtedy poczułam, jak chwyta mnie za nadgarstek. Nie szarpnęłam się. Wstał i przyciągnął mnie do siebie, aż obie dłonie oparłam na jego klatce piersiowej.

- Poddaje się. - Powiedziałam cicho, opierając czoło o jego obojczyk. - Wygrałeś.

- Wygraliśmy. - Poprawił mnie, unosząc mój podbródek i spoglądając głęboko w oczy. - Od dziś jesteśmy My. - Nachylił się i mnie pocałował. Inaczej, niż za pierwszym razem. Delikatnie, jakby bał się, że moja kapitulacja była tylko urojeniem, a moje ciało iluzją. - Sakura. - Wymówił moje imię pomoli, czułym głosem. - Uśmiechnij się. Nie chcę, żebyś była smutna.

- Dzieciak. - Skomentowałam. - Ciągle tylko chcę i chcę. A gdzie miejsce dla moich zachcianek, huh?

Uniósł brwi i uśmiechnął się lekko z rozbawieniem.

- Ach tak? A co takiego byś chciała?

- Żebyś się zamknął. - Burknęłam.

Przyciągnęłam jego twarz do siebie. Oczywiście, od razu przejął inicjatywę, ale czułam, jak dużą sprawiło mu przyjemność, że to ja rozpoczęłam pocałunek. A dalej, to już chyba wiecie? Oklepane, ale przyjemne szczęśliwe zakończenie.



The end
 
 
     
Sakurishi 


Wiek: 21
Dołączyła: 18 Kwi 2014
Posty: 72
Skąd: Niemcy
Poziom: 7
HP: 0/130
 0%
MP: 62/62
 100%
EXP: 7/16
 43%
Wysłany: 2014-08-01, 15:45   

Fanfick ze Spirited away :3

*

Miałam dziesięć lat, kiedy trafiłam do Krainy Bogów. Od momentu, gdy razem z rodzicami ją opuściłam minęło już siedem lat. Byłam już uczennicą pierwszej klasy licealnej. Miałam przyjaciół, reputację nieco roztrzepanej, ale zawsze wesołej i w miarę dobre oceny. Tylko, że nie pamiętałam wydarzeń sprzed tych nieszczęsnych siedmiu lat. Ale pewnego razu, kiedy razem z paczką spacerowaliśmy po lesie, coś mnie tknęło. Poczułam, że już kiedyś coś tu się stało. Dlatego jeszcze tego samego dnia, po obiedzie, sama wróciłam do lasu.

Zdając się na intuicję trafiłam przed dziwny mur. Zmarszczyłam brwi. Widmo moich wspomnień nie ujawniało jednak za wiele, zdecydowałam się więc sprawdzić, co znajdę po drugiej stronie. Trafiłam do miejsca, które wyglądało jak opuszczone miasteczko. Zaczęłam spacerować po okolicy usiłując uzupełnić luki w pamięci, gdy natknęłam się na pagodę. Wtedy nagle wszystko mi się przypomniało. Na początku chciałam od razu rzucić się na poszukiwania Haku, ale zaraz potem uderzyło we mnie kolejne wspomnienie – mała, czerwona jagoda. Po chwili zastanowienia postanowiłam, że najpierw zadbam o swoje bezpieczeństwo, a później zajmę się poszukiwaniami.

Nie było ciężko odnaleźć odpowiedni krzew. Jedną wrzuciłam od razu do ust, a pozostałe wrzuciłam do jakiejś siatkeczki, którą znalazłam w torebie. Próbowałam dostać się do posiadłości bruneta, ale nic z tego. Po terenie posesji kręciło się zbyt wiele postaci. Swoją drogą, ciekawe było to, że tu były jakieś żywe istoty, a w miasteczku nie było żywej duszy. Postanowiłam więc zakraść się do kotłowni, gdzie rezydował Kamaji. Znalazłam go, jak zwykle zapracowanego.

- Witaj Kamaji~! - Zawołałam śpiewnym tonem wchodząc do pomieszczenia.

Zaskoczony odwrócił głowę w moją stronę. Przez chwilę przyglądał mi się uważnie, aż w końcu jego wąsy zadrgały, co oznaczało, że się uśmiechnął.

- Przerwa, patałachy! - Rzucił do małych, czarnych kuleczek. Te natychmiast pochowały się w swoich norkach. - Podejdź, dziecko. - Posłusznie przebyłam dzielącą nas odległość. - Zmieniłaś się. Wypiękniałaś. - Pochwalił. - Ale wciąż wylądasz, jak smarkata.

- Za to Ty nic się nie zmieniłeś, starszku. - Zaśmiałam się.

Porozmawialiśmy trochę o tym, co się działo, kiedy mnie nie było. Wtedy też drzwi do wejścia dla służby gwałtownie się otworzyły, a do środka weszła Lin z posiłkiem dla Kamaji'ego.

- Chihiro! - Krzyknęła uradowana, gdy mnie zobaczyła. Szybko wcisnęła tacę starcowi i podbiegła do mnie, żeby mnie uściskać.

Zaraz zostałam o wszystko wypytana. Co robiłam, kiedy byłam w świecie ludzi. W pewnym momencie Lin musiała jednak wracać, ale wyszła dopiero kiedy jej solennie obiecałam, że przyjdę ponownie. Potem Kamaji wręczył mi dziwny wisiorek mówiąc, bym go nie ściągała w czasie, gdy przebywam w Krainie Bogów. Następnie pożegnałam się również z nim i opuściłam kotłownię. Żwawym krokiem ruszyłam przez miasteczko, które powoli zaczynało się zapełniać. Dopiero w połowie drogi do posiadłości Haku zorientowałam się, że przecież idę przez miasto duchów, a żaden nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Zerknęłam na naszyjnik i zachichotałam.

- Nie przyzna się do tego, ale jest bardzo troskliwą osobą. - Mruknęłam pod nosem.

Gdy dotarłam na miejsce dochodziła już osiemnasta. Nie miałam już zbyt wiele czasu. Podeszłam prosto do drzwi frontowych i zapukałam. Chwilę później zjawiła się przede mną niziutka kobiecina. Musiała być karłem.

- Słucham? - Zapytała zgryźliwie.

- Dzień dobry. - Uśmiechnęłam się uprzejmie. - Jest może Haku?

- Pani w jakiej sprawie? - Zmrużyła podejżliwie oczy.

- Mam dla niego pewną informację od pana Kamaji'ego.

- Od tego starucha? - Prychnęła. - Chodź. Zaprowadzę Cię do gabinetu pana Haku.

Zapukała do masywnych, dębowych drzwi i wsunęła głowę do środka.

- Przybyła posłanka od Kamaji'ego. Mówi, że ma dla Ciebie jakąś informację.

- Wpuść ją.

Poczułam, jak po plecach przebiegł mi dreszcz. Jego głos stał się głębszy i męski. Bardzo chciałam się dowiedzieć, jak wiele zmian w nim zaszło. Karlica machnęła na mnie ręką i oddaliła się do swoich obowiązków. Weszłam do pokoju.

Haku siedział za biurkiem pochylony nad stertą dokumentów. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to włosy. Były dużo ciemniejsze i dłuższe, niż wtedy, gdy widziałam je za pierwszym razem. Z przodu jednak wciąż sięgały linii szczęki. Kiedy podniósł na mnie swoje spojrzenie odkryłam, że również oczy przybrały czarny kolor, aż nie sposób było oddzielić źrenicę od tęczówki. Poza tym cała jego postać nabrała męskich rysów. Gdy mnie rozpoznał z wrażenia rozdziawił usta.

- Chihiro? - Zapytał zdumiony.

- Tak~! - Uśmiechnęłam się szeroko. Zaraz jednak zrobiłam obrażoną minę. - Obiecałeś, że będziesz mnie odwiedzać.

- Odwiedzałem. - Odparł. - Ale mnie nie widziałaś.

- To co to za odwiedziny? - Pokręciłam z niedowierzaniem głową.

- Nie chciałem Cię niepokoić. - Wstał ze swojego krzesła.

- Głupek. - Skwitowałam. - No, opowiadaj~! - Rozchmurzyłam się. - Słyszałam, że po moim odejściu zostałeś oficjalnym kuratorem Yubaby.

- Ach, tak. Kamaji i Lin już wszystko Ci wypaplali. - Zaśmiał się.

- No, pewnie większość. - Przyznałam.

Haku zabrał mnie na spacer po swoim ogrodzie. Opowiadał mi o swojej pracy, o zmianach, jakie zaszły w miasteczku. W zamian ja opowiedziałam mu o moim codziennym życiu, o szkole i znajomych. Później wróciliśmy do jego domu.

- Powinnam się zbierać. - Westchnęłam z niezadowoleniem spoglądając na zegarek. Dochodziła już dwudziesta, a musiałam jeszcze wrócić do domu.

- Odprowadzę Cię. - Zaproponował.

I odprowadził. Pod sam dom. Byłam więcej, niż zachwycona. Nie spodziewałam się jednak tego, co zdarzyło się następnego dnia. Było już po szkole. Wyszłam z budynku mówiąc mojej paczce, że dziś jestem już umówiona. Oczywiście miałam zamiar ponownie odwiedzić Haku w Krainie Bogów. Byłam już mniej więcej w połowie drogi, kiedy ktoś mnie zatrzymał. Odwróciłam się i dostrzegłam blondyna, jednego z moich znajomych.

- Kanishi, co Ty tu robisz? - Spytałam. Przecież on mieszkał w zupełnie innej części miasta. - Coś się stało?

- Mówiłaś, że z nikim się nie spotykasz. - Wypalił. Zamrugałam zaskoczona.

- Nie rozumiem. - Przyznałam.

- Widziałem Cię wczoraj, jak szłaś w towarzystwie jakiegoś bruneta. Trzymaliście się za ręce. - Odparł.

- Ach, mówisz o Haku. - Zmarszczyłam brwi. - Ale zaraz, moment. Co Ty robiłeś w pobliżu mojego domu?

- Ech, ja... - Zmieszał się. - Pierwsza odpowiedz! - Znów przyjął bojowy wyraz twarzy.

- Haku to moja pierwsza miłość. - Odpowiedziałam bez wahania. - Spotkaliśmy się po latach i myślę, że coś z tego będzie. Teraz Ty.

Jego twarz pociemniała.

- Nie możesz! - Krzyknął, chwytając mnie za ramiona. - Jesteś moja!

- Słucham?! - Wyszarpnęłam się. - Nie jestem niczyją własnością! I nie odpowiedziałeś mi na moje pytanie. Co robiłeś pod moim domem?

Zupełnie zignorował moją wypowiedź.

- Świetnie. - Warknął. - Skoro ja nie mogę Cię mieć, nikt nie będzie!

Popchnął mnie na ulicę. Potknęłam się o wystającą płytkę i upadłam na asfalt. Spojrzałam się z przerażeniem na nadjeżdżający samochód. Nie zdążył wyhamować.



*



Poderwałam się z krzykiem. Ciężko dysząc rozejrzałam się po pokoju, w którym się znajdowałam. Wyglądał, jak pokój szamana. Ja zaś leżałam na posłaniu przykryta grubym, bawełnianym kocem. Usiadłam i zmarszczyłam brwi oglądając się uważnie. Nie wyglądałam jak ktoś, kogo potrąciło auto. Miałam nawet te same ubrania, co wtedy. Wstałam z łóżka i przeszłam przez jedyne drzwi, jakie znalazły się w zasięgu mojego wzroku. Znalazłam się w ogrodzie Zeniby. Tylko co ja tam, u licha, robiłam?

- Wszyscy oczekują panienki w środku.

Podskoczyłam zaskoczona. Spojrzałam się na stojącą obok mnie karlicę. To była ta sama, którą spotkałam wczoraj.

- Dobrze.

Nie rozumiałam, co się stało, więc zgodnie ze wskazówkami kobieciny weszłam do chatki. Haku siedział tam przy stole z twarzą ukrytą w dłoniach. Po za nim nikogo nie było. Niepewnie podeszłam do jego nieruchomej postaci i położyłam mu rękę na ramieniu.

- Haku? - Spytałam nieśmiało.

Wzdrgnął się pod moim dotykiem. Podniósł twarz ocierając ją z łez. Popatrzałam na niego zdenerwowana.

- Dlaczego żyję? - Zapytałam prosto z mostu. - Co się stało?

Nie odpowiedział od razu. Objął mnie ramionami w pasie, przyciągnał do siebie i się przytulił. Po chwili wahania lewą rękę wplotłam w jego włosy, a drugą zaczęłam gładzić jego ramię. Po kilku minutach odsunął się i posadził mnie na krześle naprzeciwko. Chwycił obie moje dłonie w swoje ręce i je ścisnął.

- Jak wiesz, miałaś wypadek. - Zaczął cicho. - Gdy się o tym dowiedziałem, nie było jeszcze za późno, żeby...

- Żeby?

- Żeby ściągnąć twoją duszę do Krainy Bogów. - W jego oczach odmalowało się zdenerwowanie. - Przepraszam. Gdy pomyślałem, że nigdy więcej miałbym Cię nie zobaczyć... Zeniba sprawiła, że twoja dusza tu przybyła. Jednak... Nie będziesz już mogła wrócić do twojego świata. Nie będziesz już mogła stąd odejść. Przepraszam. Podjąłem tą dezycję pochopnie, bez twojej zgody. Ja... - Głos mu się załamał.

Przetrawiłam to, co mi powiedział. Bardzo zabolała mnie świadomość, że już nigdy nie będę w stanie zobaczyć rodziców. Przyjaciół. Nawet osób, za którymi nie przepadałam. Ale... Ale cieszyłam się, że Haku mnie ściągnął do Krainy Bogów.

- Nie martw się, nie jestem zła. - Odezwałam się po minucie ciszy. - Umarłam będąc szczęśliwą, a teraz jestem tu, z Tobą. - Przybliżyłam się do niego, aż nasze czoła i nosy się zetknęły. - Nawet jeśli nie będę mogła już wrócić do domu, to wciąż mam Ciebie, prawda?

- Tak. - Przytulił mnie. - Już nigdy Cię nie zostawię.

- Obiecujesz? - Zapytałam modulując głos tak, bym brzmiała, jak mała dziewczynka.

Zaśmiał się cicho.

- Obiecuję.



Obietnica, którą będę pielęgnować już zawsze.
 
 
     
Sakurishi 


Wiek: 21
Dołączyła: 18 Kwi 2014
Posty: 72
Skąd: Niemcy
Poziom: 7
HP: 0/130
 0%
MP: 62/62
 100%
EXP: 7/16
 43%
Wysłany: 2014-08-01, 15:50   

Fanfick z Durarara!!

*

Rok po odejściu Izayi do podziemi.



*



Jak zwykle wracałem z pracy do domu. Kiedy wszedłem na klatkę schodową mój instynkt wszczął alarm. Coś było nie tak. Rozejrzałem się czujnie po otoczeniu, jednak niczego nie dostrzegłem. Zamiast tego w moje nozdrza wdarł się jakby znajomy, zdecydowanie nie lubiany zapach. Nie, żeby brzydko pachniał, ale zwiastował przybycie bardzo niebezpiecznej i wyjątkowo działającej mi na nerwy pluskwy.

Wciąż uważnie lustrując wszystko w około ruszyłem powoli w kierunku schodów. Zapach nasilał się z każdym moim krokiem, aż w końcu stanąłem przed drzwiami do mojego mieszkania.

- Nie żartuj.

Przekręciłem klucz w zamku i wszedłem do środka. Mrużąc oczy obrzuciłem przedpokój badawczym spojrzeniem. Po krótkim zwiadzie byłem już pewien, że w moim mieszkaniu nie ma nikogo, poza mną.

Czyżby mój węch zawiódł? Nie, niemożliwe. Może tu był? Też odpada. Zniknął rok temu.

W końcu wzruszyłem ramionami i wszedłem do łazienki. Ściągnąłem ubrania, wrzuciłem je do kosza i odłożyłem okulary na półkę obok lustra. Chwilę później po moim ciele spływały orzeźwiające krople ciepłej wody. Westchnąłem z zadowoleniem. To zdecydowanie najlepsza część mojego dnia.

Po kilku minutach, kiedy już dokładnie się umyłem i zdążyłem odprężyć, wytarłem ręcznikiem całe ciało, po czym owinąłem go sobie wokół bioder. Przeszedłem do sypialni, gdzie ubrałem jakieś jasne jeansy i białą koszulkę, po czym ruszyłem do kuchni. Tam zaparzyłem zioła na uspokojenie, które dał mi Shinra.

W końcu poszedłem do salonu, gdzie usiadłem wygodnie na kanapie i z kubkiem w ręce włączyłem telewizję. Gdy już opróżniłem kubek i wstawałem, by odnieść go do kuchni usłyszałem kroki przed moimi drzwiami. Po chwili moich uszu doszedł dźwięk dzwonka. Stwierdziłem jednak, że nie mam nastroju z nikim rozmawiać, więc zignorowałem osobę za drzwiami i poszedłem odłożyć naczynie do zlewu.

Ów osoba jednak wcale się nie zniechęciła. Wręcz przeciwnie, zaczęła wciskać guzik dzwonka coraz natarczywiej z każdą sekundą. Poczułem, jak żyłka na moim czole zaczyna niebezpiecznie pulsować.

- Twoje ziółka znowu nie działają, Shinra. - Mruknąłem pod nosem kierując się do korytarza. Ktoś zasłaniał judasza z drugiej strony. Skrzywiłem się z niezadowoleniem i otworzyłem drzwi na "dzień dobry" rzucając gościowi nieco zirytowane spojrzenie. - Czego? - Warknąłem.

- Jak zawsze miły, Shizu-chan~!

- Co Ty tu robisz, gnido? - Zapytałem marszcząc brwi, chwilowo odsuwając negatywne uczucia, jakie wzbudziło we mnie pojawienie się jego osoby.

- Shizu-chan, mógłbyś mnie chociaż wpuścić, wiesz~? Tego nakazuje kultura osobista~!

- Już tu byłeś. - Zauważyłem zgryźliwie, jednak łaskawie pozwoliłem mu wejść do mojego azylu. - Niczego nie dotykaj.

- Hai~! - Ściągnął buty w przedpokoju i swoim skocznym krokiem poszedł do salonu.

Zamknąłem drzwi i ruszyłem za nim. Zastałem go leżącego na mojej kanapie. Wziąłem uspokajający wdech i wydech, po czym usiadłem w fotelu i spojrzałem się na bruneta wyczekująco. Z pewnością nie przyszedł tu tylko po to, by rozwalić się na mojej sofie.

- Czego chcesz? - Spytałem spokojnie.

Ocho, czyżby herbatka od tego szurniętego doktorka jednak działała?

- Nie lubisz owijania w bawełnę, prawda, Shizu-chan~?

- Przede wszystkim, nie lubię Ciebie. Streszczaj się.

- Jak możesz~! - Udał oburzenie. - Przyszedłem specjalnie po to, żeby Cię odwiedzić~! Nie mam złych zamiarów~!

- Nie byłbyś sobą, gdybyś nie miał ukrytego motywu. - Odparłem.

- Prawda, ale to nie znaczy, że to zły motyw~!

- Powiesz wreszcie o co chodzi, czy mam wywalić Cię za drzwi już teraz? - Burknąłem.

- Już powiedziałem, chciałem Cię odwiedzić, Shizu-chan~! A innych motywów nie muszę zdradzać, prawda~? - Usiadł na kanapie i spojrzał się na mnie zaciekawiony. - Powiedz, co się u Ciebie działo, Shizu-chan~!

- Przecież wiesz. - Rzuciłem mu znudzone spojrzenie. - Jeśli to wszystko, to wiesz, gdzie są drzwi. - Dodałem wbijając wzrok w ekran telewizora.

Informator westchnął zawiedziony. Najwyraźniej oczekiwał innej reakcji.

- Ani trochę nie ucieszyłeś się na mój widok, Shizu-chan~! - Poskarżył się.

- A niby dlaczego miałbym się cieszyć? - Spojrzałem się na niego. - Dziwnie się zachowujesz, kleszczu. Naćpałeś się?

- Iie. - Jego zwyczajowy, cyniczny uśmieszek zniknął z jego twarzy. - Naprawdę, chciałem Cię tylko zobaczyć, Shizu-chan.

Wbiłem w niego czujne spojrzenie.

- Jeśli myślisz, że mnie podejdziesz zachowując się w ten sposób, to się mylisz. - Oznajmiłem zadowolony z siebie, że wciąż nad sobą panuję. - No co?

Wpatrywał się we mnie ze wzrokiem zbitego psa.

- Jesteś okrutny, Shizu-chan. - Oznajmił.

- Słuchaj, pluskwo. - Warknąłem wytrącony z równowagi. - Nie mam ochoty z tobą przebywać w jednym pomieszczeniu, a już szczególnie rozmawiać. Może więc sobie pójdziesz zniszczyć komuś życie, jak to zwykle robisz, i dasz mi święty spokój? Jak przez ostatni rok? - Jego twarz pociemniała. - Ach, tam też Ciebie nie chcieli? - Uśmiechnąłem się wrednie.

- Nie w tym rzecz. - Odpowiedział spokojnie, choć w jego głosie usłyszałem nutkę goryczy. - Mógłbyś być dla mnie milszy, w końcu jak sam zauważyłeś, nie widzieliśmy się przez rok. - Dodał.

- Ja? Miły? Dla Ciebie? - Parsknąłem śmiechem. - To niemożliwe, gnido. Nie cierpię Cię, jakbyś zapomniał. Skoro skończyłeś, to wracaj tam, skąd przyszedłeś. Chcę się już położyć.

Wyłączyłem telewizor i ruszyłem w kierunku mojej sypialni. Sięgnąłem do klamki, moja ręka zamarła jednak kilka centymetrów od niej. Spojrzałem się z niedowierzaniem na stojącego tuż za mną szatyna. Kurczowo zaciskał palce na mojej koszulce nie chcąc wypuścić materiału z rąk.

- Mogę zostać tu na noc, Shizu-chan~? - Spytał.

- Ha?!

- Onegai.

Pokręciłem głową z niedowierzaniem.

- Nie wiem, o co Ci chodzi, Izaya. Jesteś jakiś dziwny. - Widząc jego proszące spojrzenie westchnąłem zrezygnowany. - Tylko niczego nie próbuj.

Na jego twarz wpłynął radosny uśmiech.

- Naprawdę mogę zostać? Arigato, Shizu-chan~! - Wtulił się w moje plecy.

- Oi, odczep się ode mnie kleszczu! - Odsunąłem go od siebie. - Tam jest łazienka, możesz się umyć. Czyste ręczniki są w szafkach obok kosza na pranie.

- Jest tylko jeden problem, Shizu-chan.

- Jaki? - Zapytałem znużony.

- Nie mam nic do spania.

- Coś dla Ciebie poszukam. - Odpowiedziałem z westchnieniem. - Idź się już kąpać. Czyste rzeczy zostawię przed drzwiami.

Skinął głową i skocznym krokiem zniknął za drzwiami łazienki. Dlaczego ja się zgodziłem? To chyba jednak przemęczenie... Pogrzebałem chwilę w szafie i wyciągnąłem za małe spodenki i koszulkę, jeszcze z liceum. Wyszedłem z sypialni i podszedłem do drzwi łazienki z zamiarem położenia ubrań przed nimi. Wtedy jednak one się otworzyły i stanął w nich Izaya jedynie w ręczniku owiniętym wokół bioder. Kropelki wody leniwie skapywały z jego smolistych włosów na ramiona, po czym spokojnie sunęły w dół po alabastrowej skórze, by zakończyć swą podróż na białym materiale.

- Dlaczego mi się tak przyglądasz, Shizu-chan? - Zapytał.

- Zastanawiam się, ile z tych blizn to pamiątki po naszych gonitwach. - Odpowiedziałem spokojnie mrużąc oczy w skupieniu.

- Zapewniam Cię, że większość. - Zaśmiał się zabierając ode mnie ubrania.

Ponownie zniknął w środku. Wzruszyłem ramionami i wróciłem do sypialni. Szybko przebrałem się w czarne spodnie od piżamy i zacząłem szukać koca dla gnidy. Niech się nacieszy moją gościnnością.

- Co robisz, Shizu-chan~? - Spytał kleszcz we własnej osobie siadając na moim łóżku.

- Szukam koca dla Ciebie. W salonie jest dość chłodno.

- Eh? Ja myślałem, że będziemy spać razem. - Zrobił minę skrzywdzonego dziecka.

- Z jakiej paki miałbym spać z tobą w jednym łóżku, pijawko?

- No weź, Shizu-chan~!

- Mowy nie ma.



Pięć minut później



- Trzymaj się swojej połowy, pluskwo. - Warknąłem zirytowany.

- Hai, hai. - Z jego twarzy nie schodził szeroki uśmiech.



Kolejne pięć minut później



- Masz swoją połowę, gnido! Odczep się i wracaj na nią!

- Demo~! Shizu-chan, jestem taki samotny~!

- Ha?!

- Przytul mnie~!

- No chyba nie!



I jeszcze kolejne pięć minut później



- Jeśli poczuję na skórze twój nóż, wylecisz przez okno. - Warknąłem.

- Hai~! - Zaświergotał usatysfakcjonowany wygraną kleszcz.

- Niech Cię szlag. Jak do tego doszło? - Jęknąłem.

Gdyby nie te ziółka od Shinry, Izaya dawno leżałby rozpłaszczony na ulicy pod moim oknem. I już nie wiedziałem, czy to dobrze, czy też nie. Westchnąłem zrezygnowany.

- Jesteś dziś wyjątkowo uległy, Shizu-chan~! - Zauważył brunet leżąc na mnie i opierając się na mojej klatce piersiowej. - Herbatka od stukniętego doktorka działa?

- Gdyby nie działała, już by Cię tu nie było. - Burknąłem.

- Pewnie masz rację. - Przyznał w zamyśleniu skubiąc dolną wargę.

- Ne, Shizu-chan, masz kogoś, kogo kochasz?

- Co to za pytanie? - Zapytałem zbity z tropu. Chłopak jednak nie odpowiedział wyczekując mojej odpowiedzi. - Brata.

- Nie chodzi mi o rodzinę, Shizu-chan~!

- To nikogo. - Wzruszyłem ramionami.

- To możesz kochać mnie~!

- Izaya, uderzyłeś się dziś w głowę? - Spytałem patrząc na niego uważnie. Przyłożyłem mu rękę do czoła chcąc sprawdzić temperaturę. Brunet wzdrygnął się pod moim dotykiem.

- Iie. - Zmieszany odwrócił wzrok. - Ja tylko... - Westchnął. - Coś sobie uświadomiłem i dlatego dziś tu jestem.

- I przyszedłeś, żeby mi to powiedzieć?

- Cóż... Teoretycznie miałem taki zamiar. - Odparł. - Ale się jednak nie odważę.

- Izaya Orihara boi się coś powiedzieć? - Zrobiłem wielkie oczy. - Świat się kończy. Czas umierać. - Dodałem z wrednym uśmieszkiem.

- To nie jest śmieszne, Shizu-chan~! - Oznajmił urażony. - To nie takie łatwe. - Dodał poważniejszym, przygnębionym tonem.

- Po prostu to wykrztuś. - Odpowiedziałem przeciągając się i przymykając oczy. - A jak nie, to daj mi spać.

- Moje uczucia do Ciebie się zmieniły. - Powiedział.

- Nienawidzisz mnie jeszcze bardziej, niż kiedyś?

- Nie, to nie to.

- To nie wiem, jakie inne uczucia mógłbyś do mnie żywić.

- Baka! - Wkurzył się zrywając się do pozycji siedzącej i tym samym siadając na mnie okrakiem. - Gdybym wciąż Cię nienawidził, nie byłoby mnie tu! Aishiteru, baka! Aishiteru!

Wpatrywałem się w niego osłupiały. On zaś ukrył twarz w dłoniach usiłując powstrzymać wstrząsający jego ciałem szloch. Nie wiedziałem, co robić. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji. No i całkiem możliwe, że Izaya właśnie robił mnie w konia. Jednak tak się poświęcać, żeby mnie ogłupić? Czy by się na to porwał?

W końcu jednak uznałem, że wolę być ludzki i wyjść na kretyna, niż być nieludzki i uniknąć wyśmiania. Z westchnięciem również podniosłem się do pozycji siedzącej i objąłem drżącego informatora przyciągając go do siebie.

- No już, wypłacz się. - Mruknąłem uspokajająco głaszcząc go po plecach.

Chwilowo zamarł zaskoczony, jednak już moment później wtulał się w moją pierś zaciskając kurczowo palce na moich ramionach. Po kilku minutach uspokoił się, jednak nie odsunął twarzy od mojej szyi. Prawdopodobnie nie chciał pokazać mi swojej zapłakanej twarzy.

- Wiesz, muszę przyznać, że mnie zaskoczyłeś. - Odezwałem się w końcu przerywając niezręczną ciszę. - Zwykle wykrzykiwałeś, jak to bardzo mną gardzisz i jak mnie nienawidzisz.

- Bo na początku tak było. - Powiedział niewyraźnie. - Ale później coś zaczęło się zmieniać. Stwierdziłem, że czas na zmianę otoczenia i przeniosłem się do podziemi. Jakiś czas tkwiłem w stanie nieświadomości. Jakieś trzy miesiące temu uświadomiłem sobie, co czuję, a to uczucie uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą. Początkowo usiłowałem to stłumić, no ale jak widać, nie udało mi się...

- Idiota. - Skomentowałem. - Nie można tłumić swoich uczuć, bo Cię wykończą od środka. Jak się pewnie przekonałeś. - Skinął niemrawo głową. - Dobra, muszę się z tym przespać. - Opadłem na poduszkę. - Śpij.

- Demo...

- Oyasumi, Izaya.

Westchnął i wtulił się w moją klatkę piersiową więcej nie protestując.



Następnego dnia



Obudziły mnie promyki słońca wpadające do pokoju przez okno.

Moment. Przez okno? Przecież wczoraj zaciągnąłem zasłony.

Usiadłem skołowany na łóżku. Wszystko było na swoim miejscu. Nie widziałem jednak Izayi. Może już poszedł? Zmarszczyłem brwi. Ale tak bez odpowiedzi?

Wtedy poczułem smakowity zapach z kuchni. Wiedziony instynktem wstałem z łóżka i poszedłem do kuchni. Tam przy kuchence stał Izaya w "swojej piżamie" i w różowym fartuszku... Skąd on wytrzasnął różowy fartuszek?

- Co dobrego robisz? - Zapytałem zaciekawiony zaglądając brunetowi przez ramię.

Zadrżał zaskoczony. Musiał być tak skupiony na przygotowywaniu posiłku, że nie zauważył, kiedy się do niego zbliżyłem. Rzucił mi niepewne spojrzenie.

- Grzanki z jajkiem. - Odparł cicho przygryzając wargę.

- Super. - Uśmiechnąłem się szeroko.

- Yhym. - Mruknął w odpowiedzi.

Kilka minut później siedzieliśmy na przeciwko siebie, a przed nami stały talerze pełne grzanek i kubek z herbatą. Zacząłem się posilać, aż uszy mi się trzęsły. Izaya zachichotał.

- Co? - Zapytałem przełykając to, co miałem w ustach.

- Cieszę się, że Ci smakuje. To wszystko.

Sam dopiero wtedy zabrał się za swoją porcję. Kilka minut później, pomimo moich protestów, brunet wziął się za zmywanie. W końcu się poddałem i wróciłem do sypialni, gdzie ubrałem się w czyste rzeczy do chodzenia po domu, po czym wróciłem do kuchni. Chłopak właśnie skończył zmywać i odwrócił się w moim kierunku słysząc moje kroki.

- O co chodzi, Shizu-chan~?

- Przemyślałem to. - Oznajmiłem podchodząc do niego na wyciągnięcie ręki. - Jeśli wczoraj mówiłeś prawdę, myślę, że możemy spróbować.

- J-jesteś pewien? - Zapytał zdumiony. - No wiesz, w końcu oboje jesteśmy facetami.

- A co to ma do rzeczy? - Zmarszczyłem brwi. - Kiedy się kogoś kocha, płeć nie ma znaczenia. - Dodałem.

- Shizu-chan~! - Wytrzeszczył na mnie oczy. - Ty naprawdę jesteś...

- Jaki? - Uniosłem brwi.

- Nieprzewidywalny. - Odpowiedział zarzucając mi ręce na szyję i usiłując dosięgnąć moich ust. Uśmiechnąłem się z rozbawieniem widząc wysiłki Izayi. - Pomógłbyś mi, a nie. - Burknął zirytowany.

(Oryginał: http://blossoming-lily-in...aya-happy-end/)

*

- Shizu-chan. Zdajesz sobie sprawę, że zniszcze każdego, kto się Ciebie od dziś tknie?

- Poza Kasuką.

- Hai, poza Kasuką. - Przewrócił oczami, po czym uśmiechnął się szeroko. - Co powiesz na drugą rundę?

- Masz jeszcze energię? - Zapytałem zaskoczony.

- Ja zawsze, Shizu-chan~!



The end
 
 
     
Sakurishi 


Wiek: 21
Dołączyła: 18 Kwi 2014
Posty: 72
Skąd: Niemcy
Poziom: 7
HP: 0/130
 0%
MP: 62/62
 100%
EXP: 7/16
 43%
Wysłany: 2014-08-01, 15:56   

Fanfick z Durarara!! Sad end ver. Shizuo

*

Byliśmy parą. Ja i Izaya. Byłem szczęśliwy, a jednocześnie z każdym dniem czułem, jak powoli umieram. Za każdym razem, kiedy go dotknąłem, pozostawiając po sobie siny ślad. Za każdym razem, kiedy oglądałem jego ciało pełne blizn. Za każdym razem, kiedy mimo moich starań, z jego ust wydobywał się bolesny jęk.
Dlatego postanowiłem od niego odejść. Nawet więcej - postanowiłem wynieść się z miasta.
- Co Ty robisz? - Zapytał, kiedy zobaczył mnie w trakcie pakowania bagażu.
- Wyprowadzam się. Nie widać?
Milczał, ale tylko chwilę. Jego głos drżał, choć usilnie próbował nad nim zapanować.
- Dlaczego?
Zapiąłem sportową torbę i spojrzałem się na niego z obojętnością na twarzy.
- Znudziłeś mi się. - Odpowiedziałem powoli, głosem wypranym z emocji. - Nie jesteśmy już młodzi, Izaya. Czas zastanowić się nad przyszłością, stabilizacją. Ty nie możesz dać mi tego, czego chcę. Nie dasz mi potomstwa. Nie wezmę z Tobą prawdziwego ślubu. Nie założę z Tobą prawdziwej rodziny.
- Wiedziałeś to od samego początku. Mówiłeś, że nie potrzebujesz tego wszystkiego! - Po jego twarzy zaczęły spływać łzy. - Dlaczego więc teraz... - Głos mu się załamał. - Obiecałeś, że zawsze będziemy razem! Co teraz z tą obietnicą, no powiedz! - Podniósł głos.
Dobrze Izaya, krzycz. Ułatwisz mi zadanie.
- Zmieniłem się. - Przekrzywiłem lekko głowę. - A Ty nawet tego nie zauważyłeś. - Przerzuciłem torbę przez ramię. - Żegnaj, Izaya.
Wyminąłem go w drzwiach nawet na niego nie patrząc. Gdybym to zrobił, nie dałbym rady odejść. A wtedy z każdym dniem Ty i Twoje ciało powoli niszczyłoby na moich oczach, aż w końcu przyszłaby po Ciebie śmierć, która razem z Tobą zabrałaby też mnie. Ponieważ ja nie mogę żyć w świecie, w którym Ciebie nie ma, Izaya. Dlatego muszę odejść. Żebyś żył. Żebyś mógł rozpocząć życie na nowo. Z kimś, kto bez obawy będzie mógł Cię dotknąć.
- Czekaj! - Krzyknął za mną, zbiegając po schodach. - Tego chcesz, kobiety? Dobrze! Zmienię płeć!
- To nie wystarczy.
- Błagam, nie odchodź. - Załkał opierając swoje czoło o moje plecy, a dłonie kurczowo zaciskając na moim t- shircie. - Możesz mnie nienawidzić, jeśli chcesz. Brzydzić się mną, gardzić i pomiatać. Ale nie odchodź, Shizuo. Błagam...
- Puść mnie. - Kiedy nie zareagował, wyszarpnąłem się. - I więcej się do mnie nie zbliżaj.
To było nasze ostatnie spotkanie. Nigdy więcej się nie zobaczyliśmy. Wiedziałem od Celty, że na początku przeżył załamanie nerwowe, ale ona i Shinra pomogli mu się pozbierać. Później związał się z jakąś panną i miał dwójkę dzieci - dwóch chłopców. Jeden miał imię po mnie. Ja żyłem sam i umarłem sam. Ale nie było mi smutno. Izaya żył, miał rodzinę i naprawdę był szczęśliwy. Może nie tak bardzo, jakbym chciał, ale był. I to mi wystarczało.



The end
 
 
     
Sakurishi 


Wiek: 21
Dołączyła: 18 Kwi 2014
Posty: 72
Skąd: Niemcy
Poziom: 7
HP: 0/130
 0%
MP: 62/62
 100%
EXP: 7/16
 43%
Wysłany: 2014-08-01, 15:57   

Fanfick z Durarara!! Sad end ver. Izaya

*

Zostawił mnie. Odszedł. Zostałem sam.

Pewnego dnia po prostu się spakował i wyjechał. Nie mogłem zrozumieć dlaczego. Wtedy też przeżywałem załamanie nerwowe. Później ostatecznie przyjąłem wyjaśnienia Shizuo – znudziłem mu się, chciał założyć rodzinę, czego ze mną zrobić nie mógł, miał mnie dość. Dzięki wsparciu Celty i Shinry udało mi się podnieść. Nie wiedziałem dlaczego, ale Celty przy każdym naszym spotkaniu sprawiała wrażenie, jakby to wcale nie było tak, jak myślałem. Postanowiłem jednak tego nie roztrząsać – było tak, a nie inaczej, bo Shizuo tego chciał. Mimo, że tak bolało, wciąż robiłem wszystko to, co chciał. Założyłem rodzinę z miłą dziewczyną, nawet udało mi się ją pokochać. Nie tak mocno i żarliwie, jak Shizuo. Ale pokochałem. A później spłodziłem dwójkę synów, z czego jeden nosił imię mojego byłego kochanka.

Żałosne, co?

Gdy osiągnąłem wiek trzydziestu siedmiu lat dowiedziałem się, że Shizuo nie żyje. Byłem na pogrzebie, sam. Wtedy Celty chciała mi powiedzieć, ale ją powstrzymałem.

- Chciał, żebym znał taką wersję, a nie inną. Niech tak zostanie. - Powiedziałem tylko.

Wtedy kobieta bez głowy jedynie wzruszyła ramionami i wróciła do Shinry. Spoglądałem na zimny nagrobek z twarzą bez wyrazu. Taką, jaką pożegnał mnie odchodząc. Gdy zostałem już tylko ja poczułem, jak na mojej masce pojawia się rysa – to jedna, mała, słona łza spłynęła w dół po policzku. Jako jedyna uwolniła się z szpon chłodnego opanowania.

- Głupi Shizu-chan. Nie chcę znać prawdy, jeśli Ty mi jej nie powiesz.

Potem odwróciłem się plecami do nagrobka i ruszyłem w stronę cmentarnej bramy. Wróciłem do domu. Do miejsca, które podarował mi Shizuo, w zamian za swoje odejście i...

… śmierć.
 
 
     
Dahilia 


Wiek: 22
Dołączyła: 06 Sie 2013
Posty: 1792
Skąd: Świebodzin
Poziom: 35
HP: 313/3484
 9%
MP: 1663/1663
 100%
EXP: 56/130
 43%
Wysłany: 2014-08-01, 16:10   

Jejejeje fajnie się czytało takie lekkie to było ; p . Bardzo fajnie piszesz i nie mogę się doczekać kolejnego twojego opka ; p
 
     
Akatamaryna 


Wiek: 23
Dołączyła: 18 Lut 2014
Posty: 875
Skąd: Płock
Poziom: 26
HP: 81/1637
 5%
MP: 781/781
 100%
EXP: 36/78
 46%
Wysłany: 2014-08-01, 18:28   

Calkiem fajne, chociaz nie przepadam za wampirami ;]
_________________
- Nie zgrywaj idioty. To poważna sprawa - powiedziała Arzella,
- Poważna - kąciki ust maga drgnęły. - A ja mam ją tak głęboko w rzyci - dodał z westchnieniem smutku Jora.
 
     
Akatamaryna 


Wiek: 23
Dołączyła: 18 Lut 2014
Posty: 875
Skąd: Płock
Poziom: 26
HP: 81/1637
 5%
MP: 781/781
 100%
EXP: 36/78
 46%
Wysłany: 2014-08-01, 18:32   

o Boze, ile tego!
Kurcze, akurat nie znam tych m&a o ktorych piszeszesz, procz Drrr, wiec nie komentuje ;p a co do Durarary, to jak przeczytam, dopiero skomentuje ;p
_________________
- Nie zgrywaj idioty. To poważna sprawa - powiedziała Arzella,
- Poważna - kąciki ust maga drgnęły. - A ja mam ją tak głęboko w rzyci - dodał z westchnieniem smutku Jora.
 
     
Dahilia 


Wiek: 22
Dołączyła: 06 Sie 2013
Posty: 1792
Skąd: Świebodzin
Poziom: 35
HP: 313/3484
 9%
MP: 1663/1663
 100%
EXP: 56/130
 43%
Wysłany: 2014-08-01, 18:51   

Oooooooooooo tego drugiego nie zauważyłam ; p. Takie smutaśne to jest. Ale i tak bardzo fajne ; p
 
     
Sesiva 
Junior Grouchy Smurf


Wiek: 30
Dołączyła: 22 Sty 2014
Posty: 924
Skąd: Poznań
Poziom: 27
HP: 89/1795
 5%
MP: 857/857
 100%
EXP: 7/83
 8%
Wysłany: 2014-08-02, 16:35   

yey sexy! :D wiecej wiencej! :D
_________________
W morzu dusz
nic nie jest rzeczywiste...
 
     
Sarabi 

Dołączyła: 07 Mar 2014
Posty: 339
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 8/41
 19%
Wysłany: 2014-08-04, 21:39   

http://www.slodkiflirt.pl/ Tu macie linki do tej gry ;) Coś z stylu ps2 Skip Beat (wybaczcie tak najbardziej mi się skojarzyło). Ogólnie chodzisz po szkole (jako dziewczyna) i hmm zawierasz różne interakcje z chłopakami... Gra dzieli się na odcinki, które przechodzisz po kolei.. Całkiem fajne i wciągające, chociaż szkoda że poruszasz się za "PA" i musisz albo płacić za nie, albo czekać dzień aż się uzupełni. I tak Polecam wszystkim, a jeżeli już ktoś gra to zapraszam do znajomych, mój nick Miaj

Wybaczcie spam ;* A rozdzialiki z chęcią przeczytam, ale jak znajdę troszkę więcej czasu i wtedy napiszę kilka słów o nich ;*
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Theme created by Forum Komputerowe

| | Darmowe fora | Reklama